Mój pierwszy raz w Portugalii cz.1

Mój pierwszy raz w Portugalii cz.1

 

Lot, choćby najpiękniejszy, kiedyś musi się skończyć.

Wysiadamy z samolotu. Jestem oszołomiona wielkością lotniska w Lizbonie.

Dla przeciętnego zjadacza chleba, który rzadko bywa w świecie, tłum podróżujących, gwar i szybkość konieczności działania na lotnisku, może być deprymujący…

Podejrzewam, że wielu podróżujących ma wrażenie, jak i ja, że się po prostu…zgubi.

 

 

 

Poruszam się z grupą pod okiem przewodnika. Nam włos z głowy nie powinien spaść.

Autokar już podjeżdża.

Ruszamy na spotkanie tego wielkiego miasta.

 

a

 

b

 

Na pierwszy rzut oka widać, że ciepły klimat wymusza na mieszkańcach zupełnie inne budownictwo i zagospodarowanie terenu. Mnóstwo palm stwarza przyjemny dla oka widoczek, niespotykany w naszym chłodnym kraju.

Nawet nie przypuszczam, że przez te kilka dni, wciąż będziemy natykać się na drzewa, aż ciężkie od przejrzałych pomarańczy i cytryn, których opadłych, nikt nie zbiera z ziemi.

Stanowią pomarańczowe wysypisko pod drzewami.

 

Pierwszym celem naszego zwiedzania będzie Klasztor Hieronimitów.

Mogłabym rozwodzić się nad stylem budowli, w której wzniesiono ten klasztor, ale…nie każdego to interesuje, a dłuższe wywody nużą czytelnika.

Pamiętam, gdy zwiedzałam Pragę pod przewodnictwem starszego, ale bardzo rzutkiego pana, usłyszałam wtedy coś, nad czym nigdy się nie zastanawiałam, ale jest w tym sporo racji.

Rzekł wtedy:

- Prawdą jest, że to, o czym wam mówię, będziecie pamiętać zaledwie przez chwilę. Za jakiś czas nie będziecie potrafili nawet wymienić miejsc, w których byliście. Pamięć ludzka jest zawodna, a póki co…słuchajcie…

I jest w tym sporo racji.

 

 

Klasztor Hieronimitów zaskakuje swoją potęgą.

 

c

 

d

 

e

 

ę

 

Nieopodal budynku, po drugiej stronie ulicy, wydawałoby się, że leniwie, straż trzyma policja.

 

f

 

Póki ruch na ulicy toczy się utartym w Portugalii zwyczajem, nie interweniują. Ciekawostką był dla mnie fakt, że to samochody mają się dostosować do ruchu pieszych i poruszać tak, żeby W KAŻDYM MOMENCIE móc się zatrzymać. Policja może nałożyć karę na kierowcę, który się nie zatrzymał, gdy pieszy właśnie przechodził przez drogę  (dodam, że także na czerwonym świetle – wolno pieszemu – Was to nie dziwi? mnie tak).

Rozglądałam się, czy faktycznie piesi są tak niezdyscyplinowani, ale pomimo „pozwolenia” wchodzenia na ulicę na czerwonym, nie zauważyłam takowych śmiałków.

Druga ciekawostka też może dziwić – ZAWSZE jest WINIEN ten, kto ma rozbity przód samochodu. Informacje te uzyskujemy od przewodniczki spod Łodzi, która aktualnie mieszka w okolicach Lizbony.

To od niej dowiaduję się, iż to, co wydaje mi się gorącym portugalskim temperamentem, w efekcie jest chłodnym zdystansowaniem lizbończyków. Dziwne, podobno klimat determinuje temperament człowieka…

 

 

Autokar wiezie nas w następne miejsce.

Mijamy Pomnik Odkrywców.

 

h

 

 

Po drodze fotografujemy wieżę Belem.

 

 

g

 

Zachwycamy się niezwykłą rzeką, która płynie przez Lizbonę. 

 

i

 

 

Tag w najszerszym miejscu ma aż 30 kilometrów. Nie do wiary!

O brzeg rozbijają się fale, jakbyśmy byli nad morzem.

Urok rzeki i okolicy przyciąga mnóstwo spacerowiczów.

 

j

 

k

 

ł

 

Mury kamienic często są nadszarpnięte zębem czasu.

 

m

 

Zadziwiają wąziutkie schodki, które stanowią granice między dwiema kamienicami, przytulonymi do schodów murami. Pierwszy raz widzę takie budownictwo.

Niestety schodków nie udało mi się sfotografować…

 

 

Wpakowujemy się w ulicę, która jeszcze wczoraj była przejezdna – dziś zmienił się porządek ruchu. W Lizbonie podobno to normalka – wciąż przekopuje się ulice, trzeba uważać na znaki.

Lizbońskie uliczki są niesamowicie wąskie. Żeby autobus mógł skręcić, jadące z naprzeciwka auta, muszą go przepuścić.

Wyjeżdżamy coraz wyżej i wyżej. Dowiadujemy się, że tylko nieliczne tramwaje jeżdżą po ekstremalnie trudnych trasach. Przewodniczka twierdzi, że na tory sypie się piasek, żeby zwiększyć tarcie i żeby tramwaj mógł wyjechać. Istnieją trasy, na których podobno tramwaje wciąga się na wzniesienia z pomocą lin (nie potwierdzam, nie widziałam).

W końcu osiągamy cel – następny kościół – w końcu wycieczka ma charakter pielgrzymki.

Kościół nosi nazwę Katedry Najświętszej Maryi Panny, w skrócie jest to Katedra Se.

 

n

 

o

 

p

 

Gdy wychodzimy z katedry, na wzniesienie właśnie „wspina się” tramwaj.

 

r

 

Na ulicy na chętnych do podróżowania czekają jakieś dziwne pojazdy.

 

s

 

 

Schodzimy parę kroków niżej i natrafiamy na następną świątynię-muzeum. Jest to Kościół i Muzeum świętego Antoniego.

 

ś

 

t

 

u

 

Nie wszyscy zapewne wiedzą, że święty Antoni jest patronem nie tylko rzeczy i osób zaginionych, ale pomaga także w znalezieniu drugiej połówki.

 

w

 

 

W Lizbonie powoli zapada ciemność. Włóczymy się jeszcze chwilę po mieście.

 

x

 

y

 

ź

 

 

Wszędzie panuje tu spory ruch. Restauracje zachęcają do wejścia, a przewodniczka uświadamia nas, że Portugalczycy bardzo lubią ciasteczka, które są z… „denata”.

Tak, tak, to nie żart – nazwa ciasteczek brzmi: pastel de nata. Czyż nie podobnie do naszej spolszczonej nazwy? ;-)

Te babeczki to lokalny smakołyk Portugalczyków. Przysmak ten przyrządza się według pilnie strzeżonej receptury.

 

Czy wiedzieliście, że Portugalczycy ułatwiają sobie życie budowaniem  niezliczonych ilości…wind? Wszędzie, gdzie można oszczędzać nogi, stawia się windy. I tak windę wybudowano także na końcu pewnej ulicy. Winda przenosi nas na dużo wyższy poziom i łączy dwie części miasta: tę położoną niżej i tę na wzgórzu. De facto, ta położona na wzniesieniu, jest miejscem zamieszkiwania biedniejszej części zamieszkujących Lizbonę.

 

ż

 

 Zmęczeni zwiedzaniem wsiadamy na jednej z ulic do autokaru.

 

xyz

 

Zanim dojedziemy do Fatimy, prawie wszyscy zapadamy w kojący sen.

Zmrok kołysze nas do snu.

 

40 komentarzy

  1. ~Ultra · 1 marca 2017 Odpowiedz

    Piękna wycieczka, ciekawy opis, extra zdjęcia. W Portugalii nie byłam, więc z przyjemnościa obejrzałam.
    Serdeczności

  2. ~Anna · 1 marca 2017 Odpowiedz

    Wycieczka zapewne przecudowna, ale jak na razie z opisu wychodzi, że kompletnie nie dla mnie. Po pierwsze pielgrzymka – to nie jest moja bajka, oj nie. Po drugie – ja szukam głównie wyjazdów o charakterze kontaktów z naturą, nie przepadam za zwiedzaniem kościołów, klasztorów i w ogóle za nadmiarem murów. One oczywiście się pojawiają, bo jak nie obejrzeć największych architektonicznych sław, ale jednak głównie wybieram wodospady, jeziora, wulkany, zwierzaki, i inne cuda natury. Wobec powyższego skupiłam się na tych zdjęciach rzeki – przepiękne i z wielką przyjemnością obejrzałam. To moje klimaty:).

  3. ~ariadna2 · 1 marca 2017 Odpowiedz

    Myślę, że w innych okolicznościach, niż pielgrzymkowe, zapewne nie będzie mi dane oglądać Portugalii ;)
    Tak naprawdę jesteś WSZĘDZIE, nie tylko w murach kościołów, choć faktycznie w nich bywasz…dosadniej ;)

    Miłego wieczoru, Anno :)
    Należę do osób, które potrafią się zaaklimatyzować w każdych warunkach, zarówno pielgrzymkowych, jak i tych mniej…pobożnych ;)

    • ~Anna · 2 marca 2017 Odpowiedz

      No właśnie ta dosadność mnie zniechęca, ale rozumiem okoliczności. Zdolność aklimatyzacji podziwiam, aż takiej nie posiadam :) :) . Najważniejsze, że miałaś w tym wyjeździe radość.

  4. consek · 1 marca 2017 Odpowiedz

    Piękne wspomnienia. O tak szerokiej rzece nie miałam pojęcia i o drugim „fachu” św. Antoniego również . Jak to dobrze, że o tym wszystkim napisałaś :) A nazwa ciastek… zaskakująca bardzo. A jak smakują?

  5. ~ariadna2 · 1 marca 2017 Odpowiedz

    Ciastek nie miałam okazji spróbować ;)
    Może na szczęście, bo po przyjeździe do hotelu czekała na nas obfita obiadokolacja :)

  6. ~Krystyna · 1 marca 2017 Odpowiedz

    Może być i pielgrzymka, warto było pojechać i pozwiedzać, poczuć klimat tego kraju…
    I te palmy ….Zawsze mi się dobrze kojarzą :-)
    Pozdrawiam wiosennie…

    • ~ariadna · 2 marca 2017 Odpowiedz

      Jeśli chodzi o pielgrzymki, to mają one do siebie także to, że dzięki nim poznaje się nowych ludzi :)
      Nie wspominając o nowych miejscach, w których bardzo możliwe, że nigdy by się nie było. W ten sposób zwiedzałam Wilno. Teraz zastanawiam się nad Lwowem.
      Ciekawa jestem, czy mielibyście coś do powiedzenia na temat tego miasta….

      Miłego dnia, Krysiu :)

  7. ~Frau Be · 1 marca 2017 Odpowiedz

    A Windą św. Justyny jechałaś?
    Klasztor Hieronimitów zwalił mnie z nóg. Pasztet z denata boski! Zwłaszcza na gorąco, posypany cynamonem.

    • ~ariadna · 2 marca 2017 Odpowiedz

      Nie było czasu jeździć windami.
      Chyba, że tymi hotelowymi ;)

      Klasztor olbrzym. Są tacy, którym pielgrzymka może się źle kojarzyć, ale fenomen przyciągania przez miejsca kultu jest niesamowity!
      Ludzi tu na pęczki. Z całego świata :)

      • ~Frau Be · 2 marca 2017 Odpowiedz

        Ale winda św. Justyny to konstrukcja biura Eiffle’a, genialny zabytek, którym wjeżdża się na zajebiaszcze tarasy widokowe! Boska jest po prostu. Warto!

        • ~ariadna · 3 marca 2017 Odpowiedz

          Na pewno warto.
          Tylko, że podróżowanie w grupie rządzi się pewnymi prawami ;)

          • ~Frau Be · 4 marca 2017

            Wiem. Niestety. Ale w Lizbonie powiedziałam: „Mam dość zataczania się od kościoła do kościoła, sami sobie idźcie do katedry”. Poparły mnie Letnia i koleżanka. Pojechałyśmy windą i i wcale nie żałowałyśmy, a ci, którzy wrócili z katedry, żałowali, że nie zrobili tego samego :)

  8. ~Iwona · 1 marca 2017 Odpowiedz

    W Lizbonie byłam jeden wieczór, wracając z Porto. Przejechaliśmy słynnym mostem Vasco da Gama, widziałam Pomnik Chrystusa nieco mniejszy (choć identyczny) jak brazylijski. Byłam tylko na Starym mieście, po drodze podziwiając piękne azulejos na budynkach. Dzięki tobie Ariadno odżyły wspomnienia. I zobaczyłam więcej z tego pięknego miasta. Pozdrawiam cię

  9. ~ariadna · 2 marca 2017 Odpowiedz

    Ja też długo będę wspominać Lizbonę.
    Osobiście mogłabym się przeprowadzić do Portugalii.
    Problem jest jeden – życie tam jest drogie, a zarobki niskie.
    Polaków niewielu, trudno im tam żyć, choć rozumiem ich zachwyt tym krajem….

    Serdeczności ślę :)

  10. ~Stokrotka · 2 marca 2017 Odpowiedz

    Niesamowite!!!!
    Parę dni temu oglądałam prawie te same zdjęcia, bo mój Młodszy wrócił niedawno z Lizbony, i nie tylko ….
    :-)

  11. ~ariadna · 2 marca 2017 Odpowiedz

    Podobało mu się?
    Chyba nie byliśmy na wspólnej wycieczce…? ;)

  12. ~jotka · 2 marca 2017 Odpowiedz

    Piękne zdjęcia, zwłaszcza te nocne. Mój brat z bratową byli w Portugalii w ubiegłe wakacje, obejrzeliśmy tysiące zdjęć, na których czuło się niemal tamtejszy upał…
    Zachwyciła mnie architektura i zieleń. Portugalia staje się modna na wyjazdy grupowe ;-)

  13. ~szarabajka · 2 marca 2017 Odpowiedz

    Spodobała mi się Lizbona.
    A o Antonim już przecież Ordonka śpiewała: „Święty Antoni, Święty Antoni, serce zgubiłam pod miedzą. Ach, co to będzie, ach co to będzie, kiedy się ludzie dowiedzą?” ;)

  14. ~Teresa · 2 marca 2017 Odpowiedz

    Bardzo ładne zdjęcia. Fajny Twój pierwszy raz. :) .

  15. ~ariadna · 3 marca 2017 Odpowiedz

    Fajny, fajny,,,, ;)

  16. ~Znajoma · 4 marca 2017 Odpowiedz

    Z wrażenia napiszę tylko
    WOW !!!!!! :)

    • ariadna2 · 6 marca 2017 Odpowiedz

      Nic tylko wsiadać do samolotu i frunąć ;)
      Portugalczycy nas lubią.
      Takie odniosłam wrażenie ;)

  17. ~gordyjka · 4 marca 2017 Odpowiedz

    Tam mnie jeszcze nie widzieli, chociaż Portugalia była w planach na ten rok…Tyle, że bocian wylądował, więc Portugalia poczeka…;o)

  18. ~Cracker · 5 marca 2017 Odpowiedz

    W Hiszpanii jest podobnie, jak w Portugalii, jeśli chodzi o kulturę jazdy kierowców i zachowanie względem pieszych. Nie wiem, czy Ty również odniosłaś takie wrażenie, że aż milej było spacerować, gdy nie musiałaś skupiać się w 120% na swoim bezpieczeństwie, coby jakiś pajac nie potrącił Ciebie na pasach.

    • ariadna2 · 6 marca 2017 Odpowiedz

      Super.
      A teraz odwróćmy sytuację ;)
      Jesteś kierowcą, a co chwilę ktoś włazi Ci na pasy, nawet na czerwonym dla pieszych.
      Polacy mają chyba inną mentalność, bo większość w takie chwili już klęłaby jak szewc ;) To może jednak my jesteśmy bardziej….temperamentni? :)

  19. ariadna2 · 6 marca 2017 Odpowiedz

    Frau Be…
    W Lizbonie mieliśmy tylko chwilkę wolnego czasu. Dosłownie 5 minut. I tak mieliśmy opóźnienie. Zanim dotarliśmy do Fatimy, gdzie pobyt mieliśmy zacząć od obiadokolacji, było już koło 21. Ty sobie wyobrażasz napchać się na noc i jeszcze musieć wcześnie rano wstać…? ;)

  20. ~hegemon · 8 marca 2017 Odpowiedz

    Byłem w Portugalii i bardzo dobrze wspominam ten wyjazd. To jest zupełnie inny kraj, niż reszta Europy zachodniej. Nie przepadam za wielkimi miastami, a Lizbona i Porto mi się podobały. Dla mnie największe wrażenie, to jazda żółtym tramwajem. Niby oklepane, ale jednak fascynujące :-)
    Możliwość przechodzenia pieszych na czerwonym świetle (na własną odpowiedzialność!) powoli staje się europejską normą. Zaczęli Francuzi, później Niemcy, Brytyjczycy, teraz Portugalczycy – pewnie takie przepisy obowiązują jeszcze w kilkunastu innych państwach Unii. Tak samo, jak bezwzględne pierwszeństwo pieszego na pasach. Cywilizowane narodu dbają o ochronę najsłabszego uczestnika ruchu. Mniej cywilizowane, tak jak Polska nie dbają i dlatego u nas ginie proporcjonalnie najwięcej pieszych oprócz Litwy i Rumunii. Co czwarty pieszy w UE ginie w Polsce…

  21. ~ariadna · 8 marca 2017 Odpowiedz

    Jednak, Hegemonie, dziwi mnie przechodzenie na czerwonym, bo przecież jakieś zasady muszą obowiązywać na ulicy (także pieszych).
    Coś mi się wydaje, że nie jeździsz samochodem… ;)

  22. ~hegemon · 9 marca 2017 Odpowiedz

    A tu cię zaskoczę, jeżdżę samochodem :-) Nawet sporo jeżdżę. Obserwowałem to przechodzeni na czerwonym w Londynie (raz nawet przez przejście na czerwonym razem z policjantami przeszedłem) Frankfurcie. Oba miasta niezwykle ruchliwe. Pieszy może przejść na czerwonym, gdy nic nie jedzie. Prosta zasada. I gdzie jest bezpieczniej na drodze? W Londynie czy w Polsce? Gdzie ginie więcej ludzi na pasach? Nasze zasady skutkują ogromną śmiertelnością pieszych, więc które są mądrzejsze?

  23. ~ariadna · 9 marca 2017 Odpowiedz

    Faktycznie, zaskoczyłeś mnie :)
    Niby się przechodzi na tym czerwonym, ale nie na zasadzie „świętej krowy”.
    Polacy traktują przechodzenie przez ulicę tak, jakby im się należało. Zawsze i wszędzie. Dlatego, mam wrażenie, że jest tyle wypadków (nie mówię o wariatach, którzy gnają i wjeżdżają w pieszych – to osobny temat). Tymczasem, pieszy MUSI nawiązać kontakt wzrokowy z kierowcą, czy ten na pewno go widzi. Dla własnego, zresztą, bezpieczeństwa. Pchanie się pod auto tylko dlatego, że się ma pierwszeństwo, wydaje mi się głupotą…
    Piesi zimą ubierają się najczęściej na czarno. Włosy dęba mi stanęły pewnego wieczoru, gdy wyjeżdżałam z bocznej ulicy na trudną, dodam, krzyżówkę.
    Po wyjechaniu z uliczki, za jakieś dwadzieścia metrów miałam przejście dla pieszych. Zresztą przejść w tamtym rejonie jest mnóstwo – to osiedle mieszkaniowe. Każdy jest przygotowany. Prędkości nie miałam, bo dopiero wyjechałam. I szok….mijam przejście, a na drugim jego końcu, na szczęście nie po mojej stronie, idzie piesza. I w ogóle jej nie widziałam. Nie widziałam jej w tych mrokach. I dlatego włosy mi się zjeżyły, bo gdyby wyszła z drugiej strony…
    Totalnie byłam zaskoczona, że znalazła się na tych pasach. Jako, że ruszyłam i przejechałam może 15-20 metrów, moja prędkość była minimalna. Na szczęście, choć krzyżówka, jak wspomniałam trudna – jeśli podejmie się decyzję o włączeniu do ruchu, to trzeba to zrobić w miarę szybko. Ruszasz i bum…jajko niespodzianka – z ciemności wyłazi Ci na pasy pieszy. To był moment, kiedy latarnie dopiero zaczynały się załączać, a pogoda była kiepska.

    Miłego wieczoru, Hegemonie :)

Zostaw odpowiedź