W Polsce po… chińsku

W Polsce po… chińsku

 

Na okoliczność pewnej uroczystości postanowiłam zaopatrzyć się w nową bluzkę.

Skórzaną czarną spódniczkę już miałam.

Dodatki się… kupi.

Najpierw bluzka.

 

Czy ja mówiłam, że jak chłop jestem? Po sklepach nie lubię latać?

Niestety, musiałam.

W samej spódnicy przecież nie pójdę.

Choć…pamiętacie jedną z baśni Andersena „Nowe szaty cesarza”?

Może tak sobie poudawać, że głupcy nie widzą mego stroju?

Ci, którzy mądrzy, dojrzeć powinni.

Jak w baśni.

 

 

 

 

Eeeee, chyba nikt się na to nie nabierze….

Raczej do sklepu by trzeba.

Jako, że blisko miałam, zaglądnęłam do….Chińczyka.

O dziwo, zamiast bluzki, udało mi się kupić strój kąpielowy.

Przyda się – na wyjeździe będzie można wskoczyć do basenu.

 

 

U „Chińczyka” wszystko chińskie. No bo jakie niby miałoby być? Japońskie?

A ja wciąż bez bluzki. Nawet chińskiej.

 

 

Dziś znów ruszyłam na łowy.

Bo musiałam.

Wchodzę do H&M – ki. Ciuchów mnóstwo, pełno przecen, odziane wieszaki kuszą.

Przymierzyłam mnóstwo bluzek. Nie, nic z tych rzeczy do mojej czarnej skórzanej pasować nie będzie. W kabinie zerknęłam na pochodzenie tego, co przymierzałam.

- O żesz! Chińszczyzna! – palnęłam krótko, aż się strażnik tego przybytku oglądnął za mną. – Orsay na pewno mnie nie zawiedzie, skoro H&M-ka pokazała fuckersa. – pomyślałam – Po chińsku zresztą…

W Orsay wszystko „galantne”, wieszaki kolorystycznie odziane. Nawet to wszystko pasuje i oko cieszy. Pooglądałam, przymierzyłam co nieco – i te dla bussines women i te dla „normal” women. Jedno droższe od drugiego. Nic nie wybrałam, ale wcale nie z powodu tej drożyzny, bo nawet tę bym wybrała, taka byłam zdeterminowana, żeby już se dać spokój z tym kupowaniem….Patrzę, obserwuję, czytam i oczom nie wierzę: Made in China na każdej metce. Widzę, że nawet w Orsay-u Chińczyk się rozpanoszył. A ja myślałam, że u Chińczyka to taniej kupię, bo tam to za parę groszy szyją i wykorzystują do tego tanią siłę roboczą.

Zmarnowałam w tym pseudo chińskim Orsay-u sporo czasu, a tu bluzki dalej nie kupiłam.

- Do trzech razy sztuka – myślę sobie – dylam do Mohito.

I tam, po blisko pół godzinie mierzenia, niespodzianka. Chińska, żeby nie było.

Czerwona (zajebiście). I leży na mnie, jak druga skóra.

Polska.

 

bluzka

 

Ufffffffff, zmęczyły mnie te polsko-chińskie zakupy.

44 komentarzy

  1. ~Leseratte · 6 marca 2017 Odpowiedz

    Niestety nawet w znanych sklepach, które kojarzą się z dobrą jakością – Chińszczyzna, gdzie nie spojrzysz :/
    Najważniejsze, że udało się znaleźć tą odpowiednią i nie musisz bawić się w cesarza! :p
    P.S. Ja też nie lubię chodzenia po sklepach w poszukiwaniu „nie wiadomo czego”.

    • ariadna2 · 6 marca 2017 Odpowiedz

      Pewnie by mnie zamknęli, gdybym wyskoczyła z golizną między ludzi ;)
      Tym bardziej, że nie jestem cesarzem hi hi hi.
      W każdym razie odetchnęłam z ulgą, że ta „masakra chińska” już poza mną ;)

  2. ~Iwona · 6 marca 2017 Odpowiedz

    Wyobrażam sobie, że będziesz super wyglądać: czarna skórzana plus czerwona bluzka – no stylówka po prostu. Proszę o zdjęcie :)
    PS. A u Chińczyka bluzek nie było?

  3. ariadna2 · 6 marca 2017 Odpowiedz

    Były, ale nie na moją sylwetkę.
    Jak to jest, że z biegiem lat człowiekowi pasuje coraz mniej ciuchów?
    Nie pojmuję ;)
    Ostatnio kupiłam spodnie, które wyglądają, jak szyte na miarę (na mnie). Zrobię parę kroków i spodnie zjeżdżają kilka centymetrów w dół. Bez paska się nie obejdzie…O co tu chodzi? ;)

    • ~jotka · 6 marca 2017 Odpowiedz

      Nie dość, że dziwnie szyją, to jeszcze różne firmy maja rożną rozmiarówkę, ja mam spodnie w rozmiarach od 36 do 40, a bluzki od S do L. To także wina kroju, nie moze ta sama rzecz pasować na sylwetkę dziewczęcą i dojrzałej kobiety, nie mówiąc o wzroście…

      • ~ariadna · 7 marca 2017 Odpowiedz

        Jeśli odzieżówka kieruje się wymiarami Chińczyków, to nie dziwię się, że numeracja zaniżona. Naród ten jest przecież niższy i drobniejszej budowy niż my, Polacy. I faktycznie, masz rację – ja też posiadam numerację odzieży w rozmaitych rozmiarach. Nie da się kupić na oko – wszystko trzeba przymierzyć. Mnie najbardziej bawią numeracje biustonoszy sprowadzonych z Chin. Wychodzi na to, żem spora baba, gdyby przełożyć to na polski ;)

  4. ~Anna · 6 marca 2017 Odpowiedz

    Ja tam kupować ciuchy lubie, i chyba mam typowy rozmiar:). Jak chcesz ciuch uszyty w Polsce, to niestety zapłacisz za niego znacznie więcej niż w H&M ( szwedzkie), Orsay ( niemiecki) czy Mohito ( to akurat polskie). Sama w H&M kupuję rzadko, właściwie nie wiem czemu, fazę na Orsay miałam jakies 4-5 lat temu, Mohito lubie nieustająco i często tam coś nabywam, nawet dziś kupiłam spódnicę w paseczki.
    Na ciuchy szyte w Polsce zwyczajnie mnie nie stać…

  5. ~ariadna · 6 marca 2017 Odpowiedz

    Nie dziwi Cię to, że chińszczyzna zalała polski rynek? Bo tego, że H&M jest szwedzka nie zauważyłam. Ani tego, że Orsay niemiecki (pamiętam, gdy kupiłam w Orsayu drogą bluzeczkę na ramiączkach koloru granatowego, obszytą granatową koronką…po dwóch praniach kolor bławatka szlag trafił, a bluzka nadawała się do wycierania okien po myciu…. – wydawałoby się niemiecka jakość obliguje, więc chyba jednak było to chińskie ;) ).
    To właśnie z Mohito mam chińską bluzkę. Mówisz, że to polska firma? Chyba w kooperacji z Chinami ;)
    Zastanawiam się, gdzie można nabyć polskie ciuchy…?
    Ceny w galerii, gdzie dziś trafiłam, też są kosmiczne. Cieniutkie bluzeczki za 7 dych? Żarty. W lokalnych sklepikach można je kupić połowę taniej. Pech… w lokalnych nie było niczego na mnie…

    Serdeczności Anno :)

    • ~Anna · 7 marca 2017 Odpowiedz

      To, gdzie szyje dany producent, ma znaczący wpływ na cenę – chciałabym nie kupować rzeczy, które szyte sa w fatalnych warunkach w Chinach czy w Bangladeszu, ale sukienka polskiej marki, z polskich tkanin, uszyta w Polsce kosztuje od 350 złotych w górę. Ponieważ kocham ciuchy i kocham zakupy, równiez w sieci, to śledzę różne młode i mniej młode polskie marki. Czasem mi się nie podoba, i mam z głowy, Czasem…ech… po prostu ceny mnie załamują, chociaz wiem, że to wynik tego, że polska szwaczka dostała godziwe wynagrodzenie. I zapłacono za nią Zus i tę całą resztę. Poza tym ja kupuję na wyprzedażach – i potem tylko sięgam do szafy:). A bluzeczka – znalazłam ją po kodzie – bardzo ładna.

      • ~ariadna · 8 marca 2017 Odpowiedz

        A wiesz…przyszło mi do głowy, że ktoś skorzysta z tego kodu ;)
        Tak rzadko kupuję ubrania, że nie martwię się ceną, nawet jeśli jest duża, a coś mi się podoba. Jednak znam umiar i majątku też nie dam za ubrania, które i tak się zniszczą.
        Pamiętam, gdy na pewnym wyjeździe chodzimy sobie po Zakopcu, a ja zerkam na stragany. I nagle…miłość od pierwszego wejrzenia. Do kurteczki – ciekawego połączenia skóry z futerkiem.
        - Muszę ją mieć. Super!
        Podchodzimy, pytam o cenę – prawie 2 tysiaki.
        No sorry, nie dam tyle za kurtkę.
        Odchodzimy. I po miłości ;)
        Tak to u mnie wygląda…

  6. ~jotka · 6 marca 2017 Odpowiedz

    Mnie już nie dziwi, że jak zerkam na metkę, to albo Chiny, albo Bangladesz, albo Tajlandia… kiedyś zalewała nas turecka produkcja, teraz chińska, nawet Chińczyków wszędzie pełno, bo sklepy swoje mają…
    Strój na cesarza byłby niecodzienny, ale trochę zimno :-)

  7. ~Ultra · 6 marca 2017 Odpowiedz

    Odkąd na pudełku z chińskimi butami zimowymi znalazłam gwarancję na trzy miesiące, a na ubranku dla niemowlaka, że grozi zapaleniem, zwracam uwagę na to, kto producentem. Mam swój sklep, który prowadzi Ukrainka i sprowadza z różnych stron, ale też ma ekipę, która szyje i te są ciekawe. Cena od 40 do 80 zł za bluzkę, czyli wcale tanio nie jest.
    Serdeczności

    • ~ariadna · 7 marca 2017 Odpowiedz

      To i tak dobrze, że trafiłaś na jakąkolwiek gwarancję. Pamiętam, gdy zapytałam o gwarancję na pewne sandały. Usłyszałam, że… towar nie podlega gwarancji. Żadnej.
      Z tego co wiem, zimowe, mają faktycznie trzy miesiące….Może dlatego, że wcale nie są drogie. 40 wydaje mi się w miarę tanie, ale 80 już drogo. Faktem jest, że jeśli człowiekowi zależy, to i tak kupi. Ja na przykład nie patrzę na cenę, gdy zależy mi na danej rzeczy, skoro i tak muszę kupić (np. na jakąś uroczystość) albo bardzo mi się podoba.
      Ciekawe skąd sprowadza „Twoja” Ukrainka? ;)

  8. ~Teresa · 7 marca 2017 Odpowiedz

    Fajnie, że udało Ci się w końcu kupić. :) .
    Od chińszczyzny już nie uciekniemy………..

  9. ~ariadna · 7 marca 2017 Odpowiedz

    Ulżyło mi, bo zegar tyka i czas goni.
    Poza tym NAPRAWDĘ nie lubię chodzić po sklepach….

  10. ~Ewa (Ind) · 7 marca 2017 Odpowiedz

    Słyszałam kiedyś o kolekcjonerze pamiątek z całego świata, ale wyłącznie Made in China. Taka na przykład zakopiańska ciupażka wyprodukowana małymi chińskimi rączkami.
    Przy okazji- nie wiem dlaczego przyjmujemy, że Chińczycy są niewielcy. Niektóre regiony tego wielkiego kraju są zamieszkane przez ludzi bardzo słusznych rozmiarów

    • ariadna2 · 8 marca 2017 Odpowiedz

      Może znów kierujemy się stereotypami. Mało kto widział wysokiego Chińczyka. W każdym razie ja nie widziałam ;)
      Ciupaga chińskiej produkcji w Zakopanym to już legenda :)

  11. ~szarabajka · 7 marca 2017 Odpowiedz

    I tak to niewolniczą pracą Chinek, nieraz nieletnich, bogaci się syta Europa. I dlatego jest syta. Na razie. Strach pomyśleć co będzie, jak Chinki się zbuntują i zażądają takiej płacy, jaka mają Europejki. Ceny tak poszybują, że pewnie będziemy się rozglądać za maszyną do szycia. Nawet chińską ;)

    • ~ariadna · 8 marca 2017 Odpowiedz

      A ja jestem za tym, żeby w Chinach zarabiali (chociaż) tak, jak u nas.
      Wyobrażasz sobie tak wyzyskiwać człowieka? :(
      Czasem oglądam powtórki Gesslerki, Kuchennych rewolucji. I tak raniutko, tuż przed wyjściem do pracy, zerkam na kuchenne. I dziś….kucharki dostają 3 zeta na godzinę. Masakra jakaś! Odcinek co prawda sprzed kilku lat, ale… i u nas zdarzają się Chiny. W każdym razie pracownice, wraz z gospodynią programu, wyegzekwowały od właściciela restauracji 6 zeta za godzinę. Masakra kolejna, a pracownie zadowolone, że chociaż tyle….
      Tak, jestem zdecydowanie za tym, żeby w Chinach zarabiano godziwie.

  12. ~Agnieszka · 7 marca 2017 Odpowiedz

    Znajdź mi coś nie chińskiego a ukłonię się w pas! Ja też nie lubię zakupów i nie lubię chodzić od sklepu do sklepu- a ponoć niektórych to relaksuje! Nie wierzę;)

    pozdrawiam serdecznie

    mycoffeetime.pl

    • ~ariadna · 8 marca 2017 Odpowiedz

      Jesuuuuuuuuu, ja też tego nie kumam.
      Lubić chodzić po sklepach?
      Dla mnie to marnowanie czasu ;)

  13. ~gordyjka · 8 marca 2017 Odpowiedz

    Zakupów babskich nie znoszę, więc rozumiem Twój ból…Ale jeszcze bardziej nie znoszę przymierzania, więc podziwiam Cię okrutnie, żeś tyle sztuk na grzbiet „owlekła”…A co do produkcji…My nie za pracę Chińczyków płacimy, tylko za metkę…;o)
    Udanej imprezy życzę…;o)

    • ~ariadna · 8 marca 2017 Odpowiedz

      Jak muszę, to wwlekę, choć naprawdę to dla mnie katorga ;)
      Trochę nie w porę ta impreza, bo post, ale co zrobić….
      Czasem nie ma się wpływu na pewne rzeczy.

  14. ~Frau Be · 8 marca 2017 Odpowiedz

    Jakoś mnie to nie dziwi… Wszak żyjemy w Polsce, a to bardzo dziwny kraj jest.

  15. ~Iwona Zmyslona · 9 marca 2017 Odpowiedz

    Najszczęśliwsza byłam do 35 roku życia, bo wtedy matka mi szyła spódnice, sukienki i bluzki. Nie miała dobrej formy na spodnie, więc te kupowałam. Kiedy już jej sił zaczęło brakować, to pojawiły się lumpeksy i tam zaglądałam, bo chodziło o cenę. Ogólnie biorąc nie cierpię chodzić po sklepach(dla relaksu się nie opłaca, bo i tak na coś sama siebie naciągnę, chociaż z myślą o innych). Rzadko gdziekolwiek bywam, więc odpada problem nowego ciucha. Od czasu, gdy syn w firmowym sklepie kupił buty, które wytrzymały tyle co chińskie, radzę mu za jedne firmówki kupić 2-3 pary chińskich i wychodzi(przynajmniej finansowo) na to samo. Na naszym bazarze już prawie nie ma bud prowadzonych przez Polaków. Gdy jeszcze chodziłam i zaglądałam tam czasem, to podziwiałam Chińczyków, że nie tylko obuwie i ubrania czy galanteria ale i inne usługi świadczą, by tylko móc zarobić. Siedzą w tych budach i czekają na klientów bez względu na pogodę. Jestem dla nich pełna podziwu, bo choć jestem sumienna i wytrwała, to wiem, że w pewnych okolicznościach zamknęłabym budę na 4 spusty. W odróżnieniu od niektórych pań uważam, że 40-80 zł za uszytą bluzkę, to nieduża cena(oczywiście wszystko zależy od gatunku materiału, fasonu i pracochłonności danego wyrobu, oraz kosztu dodatków:nici, guziki, zamek itd). Pozdrawiam.

  16. ~ariadna · 9 marca 2017 Odpowiedz

    Iwonko, dzięki za Twoje spostrzeżenia :)
    I tu masz świętą rację – cena ubrań też zależy od fasonu i materiału, z jakiego ciuch jest wykonany…
    Kiedy szukałam dla siebie bluzki, natknęłam się też na żółtą z dzianiny, za 70 złotych. Pasowałaby do spódnicy, mnie jest dobrze w konkretnych kolorach, ale nie podobało mi się w niej to, że miała lekki dekolt z tyłu. Trzeba mieć opalone plecy ;) W każdym razie cena wydawała mi się wysoka. Dzianina za tyle kasy?
    I to jest właśnie to „drogo”. Równie dobrze bluzka mogłaby być na lato. Gdyby nie to wycięcie z tyłu i tak bym ją kupiła, ale podsumowałabym: „drożyzna”. Nic w niej nie było, co tłumaczyłoby tę cenę.

    Miłego dnia, Iwonko :)

  17. ~Maria · 9 marca 2017 Odpowiedz

    No niestety, ale nawet „dobre” firmy szyją w Chinach, goniąc za większym zyskiem dla siebie. I pomyśleć, że kiedyś to tylko trampki były chińskie;)

  18. ~Dorota dermiblog · 10 marca 2017 Odpowiedz

    taki urok…niestety, wszędzie chińszczyzna, trochę szkoda, jak mydlą nam oczy masakra

  19. ~Królowa Karo · 10 marca 2017 Odpowiedz

    Chiny powoli stają się światową szwalnią i szyją tam wszyscy. A przynajmniej Ci, którzy nie szyją w Bangladeszu czy Indiach. Polskie szyte w Polsce kosztuje jak złoto.

  20. ~Helen · 11 marca 2017 Odpowiedz

    Chiny powoli są passe… Teraz na metkach coraz częściej Bangladesz, Pakistan, a ostatnio także Rumunia, Turcja itp.
    Nie potępiam wszystkiego co chińskie, mam parę fajnych rzeczy (np. buty zimowe (???)) i są wyjątkowo trafione.
    Niestety za 70 zeta nie uszyje ci porządnej bluzki żaden Niemiec ani Szwed. meble z Ikei przeważnie produkują polskie fabryki.
    I tak to się kręci…

  21. ~Beatrycze · 11 marca 2017 Odpowiedz

    Ja lubie zakupy, pod warunkiem że mam kasę no i że nic nie muszę kupować. Tak od siebie. Ojjj kocham się tak włuczyć. Czym często wkurzam inne osoby. :D

  22. ~Cracker · 12 marca 2017 Odpowiedz

    O, za to ja rok temu nabyłam buty Nike – Made in Vietnam. Wydaje mi się, że właśnie to drugie oznaczenie jest powodem do oryginalności produktu biorąc pod uwagę skalę wytworów opatrzonych etykietką „Made in China” ;)

  23. ~A. · 14 marca 2017 Odpowiedz

    Wielkie koncerny odzieżowe również „korzystają” z taniej siły roboczej z Azji;) Liczy się zysk;)

Odpowiedz na „~Ewa (Ind)Anuluj komentarz