Rodzicielstwo – trudna decyzja?

Rodzicielstwo – trudna decyzja?

 

Żaden lekarz nie umiał mi wyjaśnić, dlaczego nie mogę zajść w ciążę. Jestem wystarczająco młoda, w niezłej formie. Kiedy próbowaliśmy, wcale tak dużo nie piłam. Mąż miał dużo spermy i aktywnych plemników. Po prostu się nie udało. Ani razu nie poroniłam – oszczędzono mi tych męczarni – zwyczajnie nie zaszłam. Zaliczyliśmy jedną próbę zapłodnienia in vitro, bo na więcej nie było nas stać. Tak, jak wszyscy nas ostrzegali, była nieprzyjemna i nieudana. Nikt mnie natomiast nie ostrzegł, że wszystko się przez tę próbę załamie. Ale się załamało. A raczej najpierw załamałam się ja, a potem my.

W bezpłodności najgorsze jest to, że nie można przed nią uciec. Nie wtedy, kiedy ma się trzydzieści lat. Znajomym rodziły się dzieci, znajomym znajomych też, a ciążą, poród, a potem pierwsze przyjęcia urodzinowe. Cały czas mnie o to pytano. Moja matka, przyjaciele, koleżanki z pracy. Kiedy przyjdzie moja kolej? Doszło do tego, że nasze bezdzietność stała się tematem rozmów nie tylko między mną a Tomem, ale też w szerszym gronie. Czego próbujemy, czego powinniśmy spróbować, naprawdę myślisz, że drugi kieliszek wina ci nie zaszkodzi? Wciąż byłam młodsza, wciąż mieliśmy mnóstwo czasu, ale porażka oplotła mnie jak opończa, dobiła i pogrążyła, w końcu straciłam nadzieję. Wtedy nie dopuszczałam do siebie myśli, że to tylko moja wina, jak powszechnie wiadomo, że tylko ja zwiodłam. Jednak tempo, w jakim Anna zaszła w ciążę, dowodzi, że Tom jest płodny, że nigdy nie miał z tym żadnych problemów. Myliłam się, twierdząc, że wina leży po obu stronach. Leżała tylko po mojej.

Lara, moja najlepsza przyjaciółka jeszcze ze studiów, urodziła dwoje dzieci w ciągu dwóch lat, najpierw chłopca, potem dziewczynkę. Nie lubiłam ich. Nie chciałam o nich słyszeć. Nie chciałam z nimi przebywać. Po jakimś czasie Lara przestała się do mnie odzywać. Pewna dziewczyna z pracy powiedziała – od niechcenia, jakby mówiła o usunięciu wyrostka robaczkowego albo o wyrwaniu zęba mądrości – że miała niedawno aborcję farmakologiczną i że było to dużo mniej traumatyczne niż skrobanka, którą zaliczyła na studiach. Przestałam z nią rozmawiać, nie mogłam na nią patrzeć. W pracy zrobiło się niezręcznie, wszyscy to zauważyli.

Tom podchodził do tego inaczej. Po pierwsze, to nie była jego wina, poza tym nie potrzebował dziecka tak, jak ja. Owszem chciał być tatusiem, naprawdę chciał – jestem pewna, że marzył, aby pokopać piłkę z synkiem w ogrodzie albo wziąć córeczkę na barana i pójść z nią na spacer do parku. Ale uważał również, że będzie nam się dobrze żyło i bez dzieci. Jesteśmy szczęśliwi, powtarzał, dlaczego po prostu nie możemy żyć tak dalej? Zaczęłam go irytować. Nie mógł zrozumieć, że można tęsknić za czymś, czego się nigdy nie miało, że można to opłakiwać.

Czułam się odizolowana w swoim nieszczęściu. Odizolowana i samotna, więc zaczęłam trochę pić, a ponieważ z czasem piłam coraz więcej, byłam coraz bardziej samotna, bo nikt nie lubi przebywać w towarzystwie pijanej dziewczyny. Przegrywałam, więc piłam, piłam, więc przegrywałam. Lubiłam swoją pracę, ale nie zrobiłam błyskotliwej kariery, a nawet, gdybym zrobiła, bądźmy szczerzy: u kobiety wciąż liczą się tylko dwie rzeczy – uroda i to, jak sprawdza się w roli matki. Nie jestem zbyt ładna i nie mogę mieć dzieci, więc jaka jestem? Bezwartościowa.

Nie twierdzę, że dlatego piję. Nie mogę zwalić winy na moich rodziców, dzieciństwo, zboczonego wujka czy jakąś straszną tragedię. To tylko moja wina. Zresztą i tak zawsze byłam trunkowa, lubiłam pić. Ale bardzo posmutniałam, a smutek nudzi się z czasem i temu smutnemu, i wszystkim naokoło. Wtedy z pijącej stałam się pijaczką, a nie ma nic nudniejszego niż smutna pijaczka.

Teraz jest lepiej. Odkąd zaczęłam żyć na własny rachunek, trochę mi przeszło, to z dziećmi. Nie miałam wyjścia. Czytałam artykuły, zrozumiałam, że muszę się z tym pogodzić. Są różne możliwości, jest nadzieja. Gdybym wytrzeźwiała i wyszła na prostą, mogłabym adoptować dziecko. Nie mam jeszcze trzydziestu czterech lat, to jeszcze nie koniec. Czuję się lepiej niż kilka lat temu, kiedy zostawiałam wózek na zakupy i wychodziłam ze sklepu, jeśli kręciło się tam za dużo matek z dziećmi. Wtedy nie byłam w stanie przyjść do parku, usiąść na placu zabaw i patrzeć, jak pulchne maluchy bawią się na zjeżdżalni. Wtedy sięgnęłam dna, wtedy pragnienie było najgorsze i myślałam, że stracę zmysły.

 

 

Dziewczyna z pociągu

Paula Hawkins

 

 

*                   *                 *

 

 

Mój syn jest już dorosłym facetem. Przy okazji garstka wspomnień:

 

dziecko1

 

dziecko2

 

dziecko3

 

dziecko4

 

 

Zawsze myślałam, że gdybym nie mogła mieć potomstwa, adoptowałabym dziecko z domu dziecka.

 

Dlaczego jedna para bezdzietnych rodziców decyduje się zaadoptować dziecko, a inna nie?

Od czego to zależy?

 

48 komentarzy

  1. ~danka · 14 czerwca 2017 Odpowiedz

    Bardzo ciekawy artykuł.Takich przypadków jest wiele,tylko szkoda mi kobiet ,które nie idą po pomoc do specjalisty-psycholog..tylko same się leczą z bezsilności w różnoraki sposób np. upijanie się, czy uciekanie od kłopotu ,zwalanie winy na cały świat.A przecież wystarczy żyć spokojnie ,bez stresu,pogodzić się z losem .Jeżeli ma możliwość ,może adoptować.Ale pytanie ? Czy po iluś tam latach ,powiedzieć dziecku o adopcji?czy będzie miało żal do rodziców którzy wychowują i którzy zostawili.Takie dziecko gdy dowie się prawdy ,dostaje szoku.Dlatego trzeba do tej rozmowy się dobrze przygotować .Także obawy są adopcji ,z nieznania rodziców ,geny po nich..choroby..jedni nie zwracają na to uwagi ,inni tak.Ale liczy się przecież dziecko.Jak go wychowamy ,takim będzie.Ale też zależy od dziecka ,kiedy wejdzie w dorosły świat.Nie można skreślać, kiedy dzieje się źle,czasami własne dzieci sprawiają więcej problemu ,niż adaptowane..Ot życie.

    • ~ariadna · 15 czerwca 2017 Odpowiedz

      Właśnie…dobrze, że dodałaś, że własne dzieci często sprawiają kłopoty. Na to nie ma reguły. Adoptowane nie musi być gorsze.
      Geny genami, ale tak naprawdę mamy spory wpływ na to, jak nasze dziecko będzie się zachowywać w dorosłym życiu. To my je przecież wychowujemy. Kwestia naszego pokrewieństwa nie ma tu nic do rzeczy.
      Osobiście jestem za tym, żeby adoptowanemu dziecku od razu wyjaśnić sprawę:
      - inna kobieta cię urodziła, a ja cię wychowuję.
      To zlikwidowałoby problemy, które mogłyby zaistnieć, gdyby dziecko zbyt późno dowiedziało się o tym, że jest adoptowane.

  2. ~Teresa · 15 czerwca 2017 Odpowiedz

    To bardzo trudny temat. Nie każdy ma predyspozycje do adopcji. Gdyby to było takie proste, to pewnie wszystkie pary, które nie mogą mieć dzieci, adoptowałyby.
    Pozdrawiam Ariadno. :) .

    • ~ariadna · 15 czerwca 2017 Odpowiedz

      Predyspozycje do rodzicielstwa też nie każdy ma, a jednak jeśli rodzice mają możliwość (biologiczną), płodzą potomka ;)
      W każdym bądź razie od lat obserwuję małżeństwo, które nie zdecydowało się na dziecko, a swojego mieć nie mogło. I jakkolwiek można by im kiedyś zazdrościć spontaniczności, z którą mierzyli się z życiem i swobody, którą dawał im brak dzieci, tak teraz można by się zastanawiać nad faktem, że gdy się zestarzeli i nie mają już sił, ani ochoty do wojaży, powstała pustka, której nie da się niczym zapełnić. Jest dwoje dorosłych, coraz starszych ludzi, którzy mają tylko siebie. I dla siebie tylko żyją…

  3. ~jotka · 15 czerwca 2017 Odpowiedz

    Ja urodziłam dziecko w wieku 30 lat, chociaż po ślubie byliśmy już 8.
    Podchodziłam do tego naturalnie, kiedyś w szpitalu lekarz zapytał czy sie badałam, a ja zdziwiona, dlaczego, przecież nie jestem chora. Mieszkaliśmy kątem u moich rodziców, marzyliśmy o własnym mieszkaniu i chyba tak miało być, że moja psychika wyparła myśli o macierzyństwie, bo gdy przenieśliśmy się na swoje, wkrótce zaszłam w ciążę, nie robiąc nic innego, niż zwykle.
    Chyba nie mogłabym adoptować dziecka, po prostu nie czułam takiej potrzeby, własne albo żadne. Mój kuzyn z żoną adoptowali niemowlaka, mieli szczęście :-)
    Rozczuliły mnie twoje zdjęcia, wróciły wspomnienia :-)

    • ~ariadna · 15 czerwca 2017 Odpowiedz

      Własne, albo żadne.
      A jednak napisałaś, że kuzyn adoptował niemowlę – miał szczęście. Patrząc na tę sytuację z boku piszesz, że miał szczęście czyli postrzegasz to, co zrobił w kategoriach radości, zadowolenia. Dlaczego? Sama przecież byś się nie zdecydowała…
      Co do późniejszego macierzyństwa… Już sobie wyobrażam, jak wszyscy wiercili Wam dziurę w brzuchu, dlaczego nie macie jeszcze potomstwa. W każdym razie ja tego doświadczyłam – mnie, jako, że mieszkaliśmy wtedy w blokach, nagabywało o dziecko wielu sąsiadów. Wtedy były inne czasy – szybko ożenek, a potem wszyscy przyglądali się dopiero co poślubionej dziewczynie, czy grubnie, czy nie.
      Przez prawie 4 lata nie zaokrągliłam się w miejscu, w którym oczekiwali sąsiedzi, a jako, że były to inne czasy i oczekiwano od młodych potomstwa, dlatego nie dawano mi spokoju ;) Aż Ci współczuję. 8 lat! Ciebie to dopiero musieli napastować ;)
      Teraz chodzi sobie po świecie taka trzydziestka, która ani do ołtarza się nie spieszy, ani do posiadania dzieci i wszyscy traktują to jako zjawisko zupełnie normalne. W latach 80-90 nazwano by ją starą panną ;)

      Mnie zawsze rozczulają odcięte pasma włosów naszego syna. Jak to jest, że jako niemowlak miał brązowe, a przez całe życie blond? :)

      • ~jotka · 15 czerwca 2017 Odpowiedz

        Oczywiście, że radości, jeśli ktoś ma taką potrzebę, to jak najbardziej, u mnie instynkt macierzyński pojawił się po prostu późno i nie widziałam tragedii w tym, że nie mamy dzieci, mieliśmy siebie…ale gdy syn się urodził, to nie wyobrażałam już sobie, by miało go nie być.

  4. ~gordyjka · 15 czerwca 2017 Odpowiedz

    Nie wiem…:o) Nigdy nie stanęłam przed takim wyborem, i nigdy się nad tym nie zastanawiałam…;o)

  5. ~Iwona Zmyślona · 15 czerwca 2017 Odpowiedz

    Urodziłam dziecko, chociaż lekarze mówili, że w moim przypadku to się nie zdarzy. Kiedy dowiedziałam się, że nie będę mogła mieć dzieci, to marzyłam żeby pokochał mnie mężczyzna, z którym założyłabym rodzinny dom dziecka, a właściwie poprawnie, chyba powinnam powiedzieć, stworzyłabym rodzinę zastępczą. Gdy mój syn był mały, odwiedziłam swoją przyjaciółkę, bezdzietną mężatkę. W czasie tej wizyty rozprawiała, o tym że ona nie mogłaby zaadoptować dziecka, bo nie wiadomo jakie geny odziedziczyło. Dwadzieścia kilka lat po tej rozmowie, zapytałam ją czy nie żałuje iż nie zaadoptowali. Odparła, że chcieli ale im odmówiono, że za starzy. W Polsce przepisy adopcyjne są bzdurne jak we wszystkich innych dziedzinach oraz nie decyduje rozsądek i logika tylko urzędnicy. Poza tym sierot losowych jest niewiele, przeważają społeczne,rodzice żyją i nie mają odebranych praw rodzicielskich, tylko są uznani za niewydolnych życiowo. Takie dziecko jest przegrane jeżeli chodzi o adopcję.

    • ~ariadna · 18 czerwca 2017 Odpowiedz

      I to jest bardzo przykra sprawa, kiedy nie można zaopiekować się takim dzieckiem.
      Podejrzewam, że koleżanka podjęła zbyt późno decyzję o adopcji. Szkoda…

  6. ~iwona · 15 czerwca 2017 Odpowiedz

    Zacznę od tego, że to świetna książka i że bezdzietność wpłynęła na całe życie głównej bohaterki.
    Urodziła syna, gdy miałam 29 lat, rok po ślubie. Nie miałam wrażenia, że się mi przypatrywano, że ktoś się zastanawiał, czemu dopiero teraz. Mama, która mnie urodziła, mając lat 21 zawsze uważała, że to było bardzo wcześnie i ja się z tym zgadzam z perspektywy czasu. Gdy miałam 21 lat byłam po prostu dużym dzieciakiem.
    Czułam się bardzo dobrze przygotowana do macierzyństwa i z maluchem było mi w domu świetnie przez całe 3 lata. Dziś tylko żałuję, że syn nie ma rodzeństwa, ale tak wyszło.
    Czy gdyby było inaczej to zaadoptowalibyśmy dziecko? Nie wiem, nie miałam powodów, by się nad tym zastanawiać. teraz myślę, że pewnie zrobilibyśmy wszystko, żeby stać się rodzicami, więc i pewnie adopcja by wchodziła w grę. Myślę, że aby adoptować trzeba być naprawdę silnym, zdeterminowanym, wiedzieć, że może się potem różnie ułożyć. I wiedzieć, czy i jak poinformowane zostanie dziecko. I być pewnym swojego związku. Tylko czy możemy to wszystko o sobie wiedzieć? Dlatego biję pokłony przed tymi, którzy się decydują na adopcję, ale też rozumiem tych, którzy nie podejmują tej decyzji. Żadnej ze stron nie śmiałabym krytykować.

    • ~ariadna · 18 czerwca 2017 Odpowiedz

      Nie wiem, czy trzeba być silnym, ale na pewno konsekwentnym i zdeterminowanym. I lubić dzieci – bez tego ani rusz. I bez miłości – trzeba potrafić się nią podzielić, i chcieć się nią dzielić.

  7. ~Frau Be · 15 czerwca 2017 Odpowiedz

    Szczerze mówiąc, nie do końca wiem, dlaczego kobiety robią z bezpłodności taki problem. Kiedyś, gdy długo nie zachodziłam w ciążę, myślałam, że może nie będę mogła mieć dzieci i wcale nie stanowiło to dla mnie jakiejś tragedii. Za daleko większy problem uważam płodność, takie kobiece przekleństwo, bo trzeba się nieustannie pilnować, zabezpieczać przed niepożądaną ciążą (nie wyobrażam sobie, żebym miała mieć więcej niż jedno dziecko), a w razie czego problem zawsze spada na nas.

    • ~ariadna · 18 czerwca 2017 Odpowiedz

      A ja lubię móc wpływać na swój los. Płodność jest właśnie tego namiastką – chcę dzieci, to je mam; nie chcę, blokuję płodność – te czasy stwarzają duże możliwości.

      Osobiście uważam, że dzieci są motorem napędowym człowieka, stanowią cel sam w sobie. To dla nich i z ich powodu rodzice podejmują wiele działań, żyjąc nie tylko dla siebie, ale i dla innych.

      Każdy człowiek jest inny. Obserwując dwie babcie tego samego dziecka zauważymy, że jedna zrobi wszystko, żeby pomóc młodym i wnukom, a druga tyle, co potrzeba, koncentrując się przede wszystkim na własnej wygodzie. Ludzie są rozmaici i to jest całkiem normalne zjawisko.

      • ~Frau Be · 20 czerwca 2017 Odpowiedz

        Nie do końca tak jest z tym blokowaniem – moja koleżanka urodziła troje dzieci, a każde… stosując inny rodzaj antykoncepcji. Zawsze jest jakiś procent ryzyka. No ale mniejsza o to.
        Jak napisałaś, ludzie są rozmaici i to się zgadza, z tym, że ja się czuję czasem o wiele bardziej „rozmaita” niż inni, jak kosmita jakiś. Na przykład w materii rozmnażania. Nie uważam, że dzieci to motor napędowy, cel sam w sobie, że żyje się dla dzieci itp., jakoś mnie to nigdy nie pociągało, a samo macierzyństwo odchorowałam ciężko i bez względu na to, jak kocham moja córkę, wiem, że gdybym uprzednio miała świadomość, czym to pachnie, nie zdecydowałabym się na ani jedno dziecko. wiem, że mam prawo do takich odczuć i poglądów, a jednak piszę to ze świadomością, że w każdej chwili mogę zostać zakrzyczana przez ileś tam oburzonych głosów. A to jednak świadczy o mojej odmienności.

        • ~ariadna · 22 czerwca 2017 Odpowiedz

          Oczywiście, że masz prawo do własnej interpretacji rodzicielstwa :) Jak widać nikt Cię nie zakrzyczał, bo i dlaczego? Ja akurat mam taki pogląd na życie, że rodzina i dzieci są dla mnie najważniejsze, Ty możesz mieć inny.
          Kiedy mówisz, że odchorowałaś macierzyństwo i gdybyś wiedziała nie podjęłabyś decyzji o urodzeniu, przypomina mi się sytuacja na porodówce – jedna kobieta rodzi czwarte dziecko i wrzeszczy wniebogłosy, druga której staranie o potomstwo zajęło trochę czasu i pragnęła tego dziecka, rodzi cichutko, jak myszka. Ta rodzi i ta rodzi, ale każda z nich ma inne nastawienie. Jak myślisz, jak jedna i druga będzie wspominać ten poród? Która uzna, że było diabelnie trudno, a która powie, że błahostka? ;)
          Może właśnie wszystko zależy od naszego nastawienia? Do macierzyństwa także? :)

          Czy córka zdaje sobie sprawę z faktu, iż mogłabyś z niej zrezygnować, gdyby np. cofnąć czas, a Ty miałabyś powtórny wybór? Było przecież ciężko….

          • ~Frau Be · 23 czerwca 2017

            Ja też urodziłam cichutko jak myszka, bo po prostu mnie nie bolało, a skurcze miałam tak silne, że właściwie urodziło się samo, w 15 minut. I nie ma to żadnego związku z moim nastawieniem (zresztą, wtedy jeszcze nie wiedziałam, czym to pachnie), to tylko fizjologia. Organizm taki. Dla mnie koszmarem było to, co przyszło potem. Największym – budzenie po nocach i maratony bólu głowy nie do wytrzymania po kilka dni. I to uwiązanie, ta niesamodzielność dziecka… Co wcale nie oznacza, że jej nie chciałam, nie kochałam itd. Z mojej strony można mówić o świadomym i nieświadomym macierzyństwie. Z jednej strony świadomym, bo świadomie się na nie zdecydowałam w momencie, który uznałam za stosowny. Z drugiej – nieświadomym, bo nie mając wcześniej dziecka, nie wiedziałam, jak to jest.
            Po cóż miałabym mówić córce, że mogłabym zrezygnować z posiadania? Mogłaby to odebrać jako komunikat „nie chcę cię”, a to nieprawda. Poza tym, gdybym nie miała w ogóle dzieci, to rezygnując z macierzyństwa nie rezygnowałabym z niej. Rezygnacja z konkretnego dziecka mogłaby mieć miejsce wtedy, gdyby ono już zaistniało, urodziło się i zostało porzucone albo oddane do adopcji. Rezygnacja z macierzyństwa jest tylko rezygnacją z potencjalnego dziecka.
            I jeszcze jedno. To, że przez pierwsze 10 czy 12 lat jest ciężko, to przemija i można o tym zapomnieć z większą lub mniejszą łatwością. Ale gdy się ma dzieci, matką jest się na zawsze, do końca, a to oznacza wieczne martwienie się. O wszystko. Kiedy jej jest smutno, mnie się chce płakać. Kiedy ją coś boli, ja nie śpię w nocy i marze o tym, żeby to mnie bolało. Kiedy ona ma egzaminy, ja się denerwuję. Kiedy jej ktoś sprawia zawód, ja czuje ból. I tak dalej…

  8. ~Stokrotka · 16 czerwca 2017 Odpowiedz

    Myślę, że to dlatego że niektóre kobiety boją się, że dziecko takie cudze odziedziczyło same złe cechy po swoich przodkach.
    A książkę koniecznie muszę przeczytać. Ciarki mnie przechodziły gdy czytałam Twoją recenzję.
    Pozdrawiam serdecznie.

    • ~ariadna · 18 czerwca 2017 Odpowiedz

      Nie rozumiem jednego – dlaczego ludzie zakładają, że dziecko z domu dziecka jest grosze? Dlaczego przypuszczają, że przejmie złe cechy tych, którzy go odtrącili? A może będzie wybitnym skrzypkiem, malarzem, aktorem?
      Oddane musi być gorsze?

  9. ~Helen · 16 czerwca 2017 Odpowiedz

    Z racji mojego nowego zajęcia, czyli lulania dzieci w ośrodku preadopcyjnym przyglądam się mechanizmom z tym związanym. Dzieci niechcianych rodzi się mnóstwo, ale bardzo niewiele z nich ma łatwą drogę do adopcji. Pierwsze 6 tygodni i tak są uziemione, bo matka ma czas na zastanowienie. Potem matka miesiącami może „myśleć”, a dziecko leży w samotności, pozbawione miłości, kontaktu cielesnego i wzrokowego.
    Nie każde ma szczęście trafić do „nas” do Otwocka. Mamy tylko 20 łóżeczek.
    Większość zostaje w szpitalach, gdzie nikt nie ma dla nich czasu ani uwagi.
    To tu zachodzą największe zmiany w psychice. Nie jakieś geny decydują o ich charakterze, wynikach, emocjonalności za parę lat, tylko te pierwsze tygodnie i miesiące.
    Drugim problemem są rodzice adopcyjni. To oni mają problem z dzieckiem, zwłaszcza kiedy ma problemy zdrowotne, emocjonalne, kiedy burzliwie przechodzi okres dojrzewania. Nie potrafią wtedy uciec od myśli – to nie moje geny, po co ja je wzięłam? To wszystko odbija się na dziecku.
    Dlatego nie znam niestety udanych adopcji. W moim otoczeniu wszyscy mieli i mają ogromne problemy z adoptowanymi pociechami, ale nie jest to wina dzieci.
    A kolejka chętnych rodziców i tak jest większa niż dzieci do wzięcia.

    • ~ariadna · 18 czerwca 2017 Odpowiedz

      Gdyby dokładniej przyjrzeć się rodzicom, jeśli rodzone dziecko nie spełnia pokładanych w nim nadziei, też mogą myśleć:
      - po co w ogóle go chcieliśmy? mógł/mogła się nie urodzić…
      Może W OGÓLE problem tkwi w rodzicach? Chcieliby, żeby wszystko szło z płatka, a jeśli tak się nie dzieje, wynajdują przeszkody (np. geny adoptowanego dziecka), które usprawiedliwiają ich nieudolność jako rodziców….? Dobrze, że mają na co zgonić niepowodzenie. Na co zganiają, jeśli to rodzone dziecko ich zawodzi?

      Robicie wielką rzecz – dajecie tym dzieciom namiastkę miłości właśnie wtedy, gdy bardzo tego potrzebują. Chylę czoła, bo naprawdę musi się chcieć zrobić coś dla drugiego człowieka i wykrzesać z siebie trochę miłości, akceptacji oraz…znaleźć czas w tym zagonionym świecie, Heleno :)

      Dziwne, że mechanizmy przed adopcyjne są takie zawiłe. Niedoszłej matce przysługuje zbyt wiele czasu na rozmyślania. Czy słusznie….?

      • ~Helen · 19 czerwca 2017 Odpowiedz

        Ariadna, to naprawdę tylko wygląda na pracę czy poświęcenie. W praktyce jest tak, że my się zakochujemy w tych dzieciach i ciężko nam je potem wyrwać z rąk:)
        Oczywiście, że skróciłabym te procedury chyba, że matka naprawdę wykazałaby dobre chęci – wizyty kilka razy w tygodniu, a nie raz na miesiąc mogłyby o czymś świadczyć. Ale te małpy nie pokazują się tygodniami a czas szybko leci. Ani się obejrzysz jak dziecko ma pół roku. Wtedy i o adopcję trudniej, bo wszyscy chcą mieć noworodki, a tych nie ma wiele „do wzięcia”. Płakać się chce.
        A co do rodziców w ogóle, myślę że rodzeni nie mają na co zwalić. Dlatego jednak więcej dzieci jakoś przechodzi przez ten burzliwy okres i wychodzi na ludzi. Z adoptowanymi jest dużo gorzej.

        • ~ariadna · 19 czerwca 2017 Odpowiedz

          A czym byś tłumaczyła, że adoptowanym jest trudniej „wyjść na ludzi”?

          • ~Helen · 19 czerwca 2017

            Trzy lata terapii uświadomiły mi, co czuje dziecko, a z czego rodzice kompletnie nie zdają sobie sprawy. Dlatego jak napisałam:”Nie potrafią wtedy uciec od myśli – to nie moje geny, po co ja je wzięłam? To wszystko odbija się na dziecku.”
            Jestem pewna, że stosunki między naturalnymi krewnymi są inne niż między adopcyjnymi. Dzieci wyczuwają niuanse, o jakich nie mamy pojęcia. Najlepszy przykład – te z Otwocka. One przestają patrzeć w oczy, nie płaczą, nie przytulają się. Na poziomie 2-4 miesięcy już czują, że są inne, że zostały odrzucone. To są rzeczy, których się nie zapomina. Zostaje skaza na całe życie.
            Ech, mogę o tym gadać bez końca, ale miłe to to nie jest :(
            Pozdrawiam

  10. ~Krystyna · 16 czerwca 2017 Odpowiedz

    Trudno coś powiedzieć , kiedy nie jest się w sytuacji tej kobiety.
    Ja na szczęście mam 2 synów..

  11. ~Ultra · 16 czerwca 2017 Odpowiedz

    A ja sądzę, że powodem picia wcale nie był brak dziecka. Gdyby było, to byłby powód do picia innego rodzaju, a mianowicie, że płacze i trzeba się nim zajmować. Ta kobieta ma słabszą psychikę i nie umie sobie radzić z problemami, skoro je zapija. Psychologa powinna odwiedzić.
    Radzić nie można, ponieważ każdy sam musi podjąć decyzję, co ważne dla niego i ponieść konsekwencję za wybór. W życiu nic nie ma prosto.
    Zasyłam serdeczności

    • ~ariadna · 18 czerwca 2017 Odpowiedz

      Oczywiście, że nie jest prosto. Człowiek to pokrętna istota – gdy wszystko w życiu się układa, zwyczajnie wydaje mu się, że jest…nudno ;)

  12. ~Natalia · 18 czerwca 2017 Odpowiedz

    Bardzo trudny i delikatny temat. Niektórym bezdzietnym małżeństwom udaje się podejść do tego spokojnie, ale tylko nielicznym. Większość przeżywa swoje wewnętrzne tragedie, niepotrzebne kłótnie , obwinianie siebie nawzajem, a prawda jest taka, że często nie jest to wina nikogo z nich. Mamy jedzenie, jakie mamy, lekarstwa na jedno pomagają, na co innego szkodzą, nawet woda byle jaka, z chemicznymi dodatkami, ogromny stres w pracy i związany z niemocą zajścia , dlatego młodym coraz trudniej o wymarzone potomstwo. Moja koleżanka z pracy nie mogła zajść w ciążę, strasznie się tym gryzła, a gdy doszła do wniosku, że nie ma szans, bo skończyła czterdziestkę, wtedy odpuściła. Po roku okazało się, że zaszła. Kilka ostatnich miesięcy wiele razy odwiedzała szpital, ale urodziła zdrową córeczkę. Dziewczynka ma już 10 lat. Szczęście było ogromne:)
    Przyjemnej niedzieli Ariadno :*

  13. ~ariadna · 18 czerwca 2017 Odpowiedz

    Może w tym właśnie tkwi rozwiązanie – nie robić niczego na siłę? ;)
    W każdym razie na pewno wszystko zależy od priorytetów – rodzice, którzy z wytęsknieniem oczekują na potomstwo, nie pogodzą się z brakiem dzieci. Ci, którzy mają inną alternatywę na życie, przejdą nad tym do porządku dziennego.
    Dla mnie posiadanie dzieci jest kolejnym etapem w życiu, który warto przejść nawet wtedy, gdy samemu nie spełnia się warunków do stworzenia nowego życia.
    A przy okazji….ile radości niesie pomaganie innym! ;)

    Wzajemnie, Natalko – pięknej niedzieli :)

    • ~Natalia · 18 czerwca 2017 Odpowiedz

      Coś w tym jest Ariadno. Nic na Siłę. Może w odpowiednim czasie ciąża się pojawi? Jedno wiem, stres zmniejsza możliwość zajścia w ciążę ..Chce ,ale jej nie wychodzi, stresuje się, tym bardziej nie wychodzi ..i koło się zamyka. Kiedyś nie było tyle problemów z zajściem w ciążę, teraz jest coraz trudniej. Obwinianie siebie jest dodatkowym obciążeniem dla organizmu.
      Pomaganie innym daje wiele radości, zgadzam się. To moje powołanie:)

      Do Miłego.. ;)

  14. ~ariadna · 19 czerwca 2017 Odpowiedz

    …a ile kobiet ma mnóstwo dzieci pomimo stresu?
    Nie powiesz mi, że urodzenie 10-tego dziecka to wybór….

    Do miłego :)

    • ~Maria Lewandowska · 22 czerwca 2017 Odpowiedz

      Kobiety posiadające po 10-cioro dzieci nie przeżywają stresu będącego naszym udziałem. One żyją sobie raczej bezmyślnie i bezrefleksyjnie.

      • ariadna2 · 22 czerwca 2017 Odpowiedz

        Nie wiem, czy można mówić o takiej kobiecie, że bezrefleksyjna? Czy zawsze ma wpływ na swój los? Jak wiadomo do tanga trzeba dwojga ;)

  15. ~hegemon · 20 czerwca 2017 Odpowiedz

    Nie wiem, czy powinienem się wypowiadać, bo nie mam własnych dzieci. Z drugiej strony, wiem, że temat jest niezwykle złożony. Są kobiety, które chcą mieć dzieci i nie mogą, są też takie, które nie chcą mieć dzieci, chociaż mogą. Jedni adoptują dzieci, inni się tego nie podejmą. Dziecko, to jest dożywocie, na który nie każdy się decyduje.
    Argument, że na starość zostaną sami, bo nie mieli dzieci jest trochę egoistyczny, bo dzieci niekoniecznie zajmą się starymi rodzicami. Niekiedy nie będą chciały, częściej będą na drugim końcu świata.
    Problem bardzo złożony i nie chciałbym nikogo osądzać…

    • ~ariadna · 22 czerwca 2017 Odpowiedz

      To i racja – po co osądzać…
      Raczej zależało mi na podyskutowaniu, co decyduje o tym, że jedni decydują się na adopcję, inni nie. Czy można tu mówić o poświęceniu, czy raczej o spełnieniu własnych pragnień?

  16. ~Królowa Karo · 20 czerwca 2017 Odpowiedz

    Mnie życie ułożyło się tak, że męża nie mam, dziecko mam i nie wyobrażam sobie świata bez niego. Mam nawet taką teorię, że to nie ludzie decydują się na dzieci, tylko to dzieci sobie wybierają rodziców.

  17. ~Magda · 21 czerwca 2017 Odpowiedz

    Witam po długiej przerwie :-)
    Tak się zastanawiałam co napisać, ale nie wiedziałam od czego zacząć, jak to wszystko ująć. Dlatego podpiszę się pod bardzo mądrym facetem- Hegemonem :-)
    Wiem jedno: nigdy nie można mówić „nigdy”, nie ma sensu oceniać innych, bo nigdy nie wiemy w jakiej znajdziemy się sytuacji. Ja, zawsze marzyłam o trzech synkach skurczysynkach ;-), ale wiadomo, że jak chcesz rozśmieszyć Pana Boga…W każdym razie mam tylko jednego i też nachodziły mnie różne nieprzyjemne myśli, gdy widziałam wszędzie wokół ciężarne kobiety lub z wózkami na spacerze. A jednak nie jestem przeciwna aborcji. No właśnie…nie jestem, a jednak, jak słyszę, że kobieta usunęła ciążę, bo czas nie ten, bo kariera, bo mieszkanie zbyt małe (???), to również czuję w sobie złość, jakąś wewnętrzną niezgodę. Temat złożony i skomplikowany.
    pozdrawiam :-)

    • ~ariadna · 22 czerwca 2017 Odpowiedz

      Usuwanie ciąży z błahego powodu jest dla mnie niemoralne i też jestem przeciwko, choć uważam, że to kobieta powinna decydować o swoim losie.
      Nigdy nie mów nigdy – może będziesz mieć jeszcze tych 3 synków skurczysynków? ;)

  18. ~A. · 22 czerwca 2017 Odpowiedz

    Ze względu na chorobę nie będę miała dzieci…przez chwilę poczułam się jak ta bohaterka książki…

    • ~ariadna · 22 czerwca 2017 Odpowiedz

      Trochę szkoda, ale….widzisz, w takim przypadku można pomyśleć o uszczęśliwieniu nie swojego dziecka :)
      Byłabyś na to gotowa? W końcu o tym jest ten temat….

      Serdeczności droga A. :)

  19. ~ariadna · 22 czerwca 2017 Odpowiedz

    Heleno, to może rodzice, którzy adoptują, czynią to zbyt pochopnie, skoro dzieci odczuwają, że nie są ich rodzonymi…?
    Kiedy kogoś naprawdę się kocha i zależy komuś na drugiej osobie, to naprawdę jest w stanie przymknąć oko na pewne rzeczy i znaleźć w sobie morze wyrozumiałości…..
    Dla mnie to proste, dla innego może trudne.
    Ciekawa jestem, jak wygląda w takim razie sprawa rodzin zastępczych, które de facto dziećmi zajmują się na etacie? Czy dzieciom takich rodziców jest łatwiej, bo rodzice czerpią zyski z opieki, więc nie wyrzucają dzieciom pochodzenia? Jak to może wyglądać?

  20. ~Maria · 23 czerwca 2017 Odpowiedz

    Ciężki temat. Bardzo żal mi tych kobiet, które nie mogą mieć dzieci. Ja mam to szczęście – mam ich czwórkę. Mój instynkt macierzyński był bardzo silny, więc rozumiem bohaterkę książki. A książkę mam po angielsku.

  21. ariadna2 · 24 czerwca 2017 Odpowiedz

    Frau Be….
    Kobiety tak mają, że zamartwiają się o swoje pociechy (przynajmniej ja tak mam – martwię się nawet o młodą, która jak wiadomo nie jest moim dzieckiem, lecz przyszłą synową…). Każda z nas przeżywała dylematy związane z dorastaniem dziecka. Nieraz czułam się bezradna, a wszystko kumulowało się też dlatego, że mieliśmy ogólnie bardzo trudną sytuację życiową i latami trwaliśmy w konflikcie z teściami…. Nie ułatwiało to wychowywania dziecka, które żyło w nerwowej atmosferze. I to też mnie bolało, bo nie taki dom chciałam stworzyć dla swego dziecka. To z takich ujemnych aspektów, najważniejszych, bo mnóstwo tych minusów by się uzbierało… Jak to w życiu, gdy choć ciężko, to ktoś dolewa oliwy do ognia.
    Pomimo tego wszystkiego, całej tej trudnej przeszłości, nie zrezygnowałabym z dziecka.
    Znów myślę, że wszystko zależy od podejścia do pewnych spraw ;)

    Miłego dnia, Frau Be :)

Zostaw odpowiedź