Wydmuszka

Wydmuszka

 

Mój mąż powiedział, że ONA przypomina mu bohatera z filmu „Dzień świra”.

Coś w tym jest – siedem razy w tę stronę, siedem w tamtą i ani grama więcej, o dokładnie jednej i tej samej porze. Tu nie ma miejsca na spontaniczność.

Ja myślę, że można by ją zidentyfikować jako Królową Śniegu.

Bo trzeba być bez serca, żeby….

 


 

Dużo tych „żeby” się uzbierało.

Ostatnie dotyczyło kota.

O zwierzę to ostatnimi laty toczyły się boje, a nasz ogród musiał być zaprojektowany tak, żeby kot był panem na włościach, a pies siedział zamknięty na ograniczonej przestrzeni.

 

Nasz futrzak akceptował koty. Kudłacz był najsłodszym i najbardziej tolerancyjnym stworzeniem, jakie nosiła ziemia. Do dziś podziwiamy zdjęcie, na którym je z jednej miski razem z kotem od sąsiadów.

Z tym, o którym ta historia, by nie mógł, bo jak?  Byli przecież odseparowani dodatkowym ogrodzeniem, które musieliśmy zbudować.  

 

 

Mijały lata.

Odszedł teść, wcześniej pies staruszek. Pojawiła się nowa psina – ze schroniska: wystraszona, zestresowana, agresywna do wszystkich, którzy nie są nami, jego ukochanymi właścicielami.

Pies wybitnie ruchliwy, szybki, z niezwykłym refleksem.

Zmienił się układ rodzinny. Ktoś kogoś bardziej potrzebuje – doszło do zmiany układu sił.

Pies zaczął biegać po całym ogrodzie.

Bo już mógł.

„Nowy” nieraz pogonił coraz starszego kota. Martwiła mnie ta niechęć psa do kota, ale nie było na to rady.

 

 

Na wsi zwierzęta mają trudne życie – biegające wolno koty rzadko dożywają późnej starości. Albo rozjeżdżają je samochody, albo katuje nudząca się na wsi młodzież.  

Temu się udało – dziki, bywał w domu tylko nocami. Najadł się, przespał i wybywał w swoją stronę. Omijał nas szerokim łukiem. W końcu mieliśmy psa….

Teść mówił, że kot się mnie boi, bo jestem złym człowiekiem.

 

 

- Kot strasznie ciężko oddycha – powiedziała niedawno teściowa.

- Mam antybiotyk. Podasz mu – rzekłam, po czym wytłumaczyłam, jak ma go podawać.

Po kilku dniach pytam:

- Dałaś mu?

- On nie chce.

- Jak to nie chce? Kto tu rządzi – ty, czy kot?  – pytam.

W tym samym czasie zachorował pies od sąsiadów, którego leczyłam. Pies już był zdrowy, a kot dalej chory.

- Jedźmy do weterynarza – proponuję.

- Eeee, może mu przejdzie – ona na to.

 

 

 

Na jakiś czas temat kota został zamknięty . Myślałam, że jednak wyzdrowiał. Faktem jest, że to nie ja sprawuję nad nim opiekę, a on faktycznie do nas nie podchodzi, bo się boi. Trudno było zweryfikować stopień choroby.

 

 

Kilka dni temu mąż pyta:

- Pojechałabyś z moją mamą do weterynarza?

- A co się dzieje? – pytam.

- Źle z kotem, ciężko oddycha.

- Oczywiście.

Od czasu dania teściowej antybiotyku dla kota minął miesiąc. Albo więcej….

 

 

Przeraziło mnie, że ten kot faktycznie oddycha z wielkim trudem.

Aż coś zakłuło mnie w piersiach, że teściowa mogła doprowadzić do takiego stanu.

W samochodzie słychać było tylko świszczący oddech kota.

- Albo ma astmę, albo zapalenie płuc – rzekłam.

- A może ma guza na gardle i przez to tak oddycha – odparła teściowa.

 

 

Na wizytę trzeba było czekać – w gabinecie było jakieś małżeństwo.

- Jak tego kota już nie będzie, pojadę do sanatorium.

- Kot jeszcze żyje, a ty chcesz go uśmiercać? – nie mogłam się nadziwić.

- A ja tylko tak…. Jak KIEDYŚ go nie będzie… – broniła się teściowa.

Weterynarz wyciągnął kota z klatki. Zwierzę było bardzo słabe. Po raz pierwszy kot był na tyle spokojny, że mogłam go pogłaskać.

- Zapalenie płuc. W dodatku silne, bo przechodzone. Ile on ma lat?

- 13.

Rozmowa toczyła się w ten sposób, że weterynarz chciał wybadać, czy w ogóle chcemy leczyć kota.

- Jestem za tym, żeby go ratować! – rzekłam.

Podejrzewam, że moje towarzystwo i to, że rozgryzłam teściową, że zamierza pozbawić kota życia, poskutkowało jej milczącą zgodą na to, co się działo.

- Damy mu antybiotyk. Jednak trzeba będzie codziennie przyjeżdżać.

- Ale nie ma jak… – zaoponowała teściowa.

- Jak to jak? Ja mogę z tobą jeździć – podsunęłam. Tego chyba się nie spodziewała.

- Dobrze. W takim razie dam mu podwójną dawkę, bo jutro mamy nieczynne, a za to przyjedziecie w poniedziałek. Do strzykawki zaś nabiorę leku przeciwbólowego, podacie mu jutro.

Wypytałam go co to za preparat.

 

Na przyszłość – NIGDY nie podawajcie swoim pupilom ani paracetamolu, ani preparatów z ibuprofenem (skład leku na opakowaniu podany jest malutkimi literami pod nazwą preparatu) – jest dla nich zabójczy. Podaje się preparaty z meloxicamem (ludzki: Opokan, Mel, Movalis – dawka adekwatna do wagi zwierzęcia!).

 

- Kot kategorycznie nie może wychodzić na zewnątrz – przykazał weterynarz.

- Nie da rady – to moja teściowa. – On jest dziki, nie usiedzi w domu.

- Musi – kategoryczne słowa mężczyzny spowodowały, że teściowa zamilkła.

- Przecież to od ciebie zależy, czy go wypuścisz, czy nie. Kot sam z domu nie wyjdzie – już mnie wkurzyła.

- Ale on będzie chciał wyjść! – upierała się.

- Ale nie może i już – zakończył doktor.

Po jej spojrzeniu widziałam, że przeraża ją ta wizja – kot w domu oznacza brak czystości, bakterie, zapachy zwierzęcia. Tolerowała go, ale tylko na własnych warunkach – miał tylko się przespać (w kotłowni) i sobie iść. Kot się dostosował – przychodził i odchodził.

 

W drodze powrotnej wysłuchiwałam utyskiwań, jak ona poradzi sobie z tym kotem.

- Dasz radę. Słyszałaś, co powiedział….

Jednak oczyma wyobraźni widziałam dramat teściowej, która po każdym pogłaskaniu zwierzęcia dokładnie myła ręce.

W domu wyjęłyśmy go z klatki. Ucieszyło mnie, że jego oddech był mniej świszczący. Obiecałam jej, że na drugi dzień przyjdę podać mu lek ze strzykawki.

- A jak on coś zrobi w tym przedpokoju?

- To posprzątasz. My sprzątaliśmy tak pięć lat po psie staruszku, który nie wytrzymywał, żeby dotrwać do rana. Ścieraliśmy po nim przez ten cały czas. Nikomu nie przyszło do głowy, żeby go uśmiercać. – powiedziałam.

 

 

W niedzielę podałam kotu przeciwbólową zawiesinę.

Wciąż z trudem oddychał.

Posiedziałam chwilę, wygłaskałam go – jedyny moment, kiedy kot, osłabiony chorobą, pozwolił mi na to.

- Sika? Robi kupy? – zapytałam o to, co najważniejsze w takiej chwili.

- Nie.

- No tak… Nie ma czym. Skoro nic nie je. Żeby się nie odwodnił. Trzeba mu dać pić – zdawałam sobie sprawę z faktu, że to nie było odkrywcze. Każdy wie, że chorego trzeba poić.

- Troszkę wypił, postawiłam przed nim spodek z wodą.

- Ok., w takim razie rano pojedziemy na kolejny zastrzyk.

 

 

Rano załatwiałam swoje sprawy, teściowa była u lekarza.

W drodze do domu, zadzwoniłam:

- Wróciłaś już?

- Tak – odpowiedziała.

Jedziemy? – zapytałam.

- Jestem niewyspana, kot coś zrobił….Taki smród! Dałam go do kotłowni. Porozmawiamy w domu…

Była zła. Wracałam, mając złe przeczucia.

- Co ten kot takiego zrobił? – pytam.

- Nic nie zrobił – ona.

- To o co chodzi?

- Drapał w nocy, chciał wyjść, wyrzuciłam go do kotłowni. Taki smród w domu! W ogóle się nie wyspałam!

- Miał biegunkę?

- Nie.

- Zesikał się?

- Nie.

- To o co chodzi?

- Nie wiem. Smród jak cholera. Jakby coś się w nim psuło.

- Bierz go, szkoda czasu – chciałam uciąć w zarodku ten dziwny dialog.

Ona miała już swój plan.

 

 

- Ludzie biorą zwierzęta zapominając, że będą stare i schorowane i trzeba się nimi opiekować – nie wytrzymałam w samochodzie.

Kot ciężko dyszał – najprawdopodobniej trzeba zmienić antybiotyk, jak sugerował doktor.

- Ja nie będę trzymać tego kota w domu!  Wypuszczę go. Nawet po antybiotyku. On jest dziki – słuchałam jej, nie dowierzając, że chce zabić swego przyjaciela.

 

 

Przypomniałam sobie, jak jeździłyśmy do jedynego w okolicy marketu, bo „tylko tam można było dostać dla niego karmę”. Padała przed regałem na kolana, wyjmowała z półek puszki i grzebała, grzebała, grzebała.

Kot MUSIAŁ mieć karmę określonej serii, więc szukała tej serii, rozgrzebując puszki. Wiele razy słyszałam, że poświęca się dla tego kota, bo musi mu kupować mięso, którego sama nie je.

- Ten kot jest taaaaaaaki wybredny – narzekała.

- Jak każdy kot – dodawałam, pomna na to, że wielu właścicieli narzeka na wybredność pożywienia swoich pupili.

 

 

Weterynarz tylko spojrzał.

- Kot jest odwodniony. Oczy mu się zapadły, skóra straciła sprężystość. W tym momencie kwalifikuje się do podania kroplówki.

- On śmierdzi, jakby mu się coś w środku psuło – teściowa wysuwała coraz nowe argumenty.

- Ma charakterystyczny zapach, bo zagęścił się mocz. Mogą wysiadać nerki…

- On się męczy w domu. Ja go wypuszczę! – teściowa nie dała sobie powiedzieć.

– Co robimy w takim razie? – zapytał.

- Gdybym nie miała psa, ratowałabym go za wszelką cenę. Nie mam dokąd go wziąć – rzekłam.

- W takim razie dam mu zastrzyk usypiający, żeby nie czuł bólu.

Spojrzał pytająco na właścicielkę kota. Nie oponowała….

 

 

Głaskałam to stworzenie, które zawsze się mnie bało. Przyłożyłam nos do jego główki. Kot pachniał…kotem. Zwierzęcym futerkiem.

Po środku nasennym dostał mdłości.

Gładziłam to wychudzone chorobą stworzenie i było mi tak strasznie żal, że nie mogę mu pomóc!

 

 

W samochodzie nie miałam ochoty z nią rozmawiać.

- Jestem taka niewyspana! On drapał i drapał… Okropnie się czuję.

- Ty się wyśpisz, a kot nie żyje – rzekłam to, co cisnęło mi się na usta.

- Kiedy się wyśpię? Przecież nie sypiam w dzień! – narzekała coraz głośniej.

- Dzisiaj w nocy się wyśpisz. Nie możesz myśleć tylko o sobie – nie wytrzymałam.

- Muszę myśleć tylko o sobie…. – nakręciła się.

- O tak…. W kontekście całego życia nic innego nie robiłaś, zawsze myślałaś tylko o sobie – pomyślałam.

Ona dalej gderała:

- ….sama jestem. Nikt mi nic nie zrobi…

Nie chciało mi się z nią o tym, co kto, komu, a kto nie.

- Jakbym myślała o sobie, nie budowałabym domu… – perorowała.

Żeby zmienić temat zaczęłam o mamie Młodej.

- Nie wiem co z mamą Młodej w wigilię? Pracuję do 19…

- Co się martwisz? Niech się Młoda o nią martwi.

- Jakoś tak nie potrafię jej zostawić. Jest przecież sama… Od razu myślę, że gdybym była w analogicznej sytuacji, nie chciałabym być w ten dzień sama.

- Ja to bym mogła być sama. Nawet w Wigilię. – ona na to.

 

 

Wygląda na to, że będzie sama.

Nawet gdyby przyszła do nas w Wigilię.

Takie życie to jej wybór.

 

 

pies

 

57 komentarzy

  1. ~Iwona Zmyslona · 29 listopada 2017 Odpowiedz

    Mówi się, że Polska, to nie kraj dla starych ludzi. Po przeczytaniu Twojego postu można odnieść wrażenie, że także nie dla starych zwierząt.

    • ~ariadna · 29 listopada 2017 Odpowiedz

      Starzy narzekają na starość, a co robią sami?- „sprzątają” po niej, byleby nie mieć problemu z chorym zwierzakiem….
      Jakie to proste, prawda?
      Jeśli czegoś nie chcemy, po prostu wyrzucamy, z życia i serca.

  2. ~Frau Be · 29 listopada 2017 Odpowiedz

    Moja Niunia ma 17 lat i demencje starczą… Leje w przedpokoju, obok kuwety, podłogi myjemy kilka razy dziennie. Nie wyobrażam sobie, żeby mieć do niej o to pretensje. Takim ludziom jak Twoja teściowa najchętniej podałabym Pavulon i to bez mrugnięcia okiem.

    • ~ariadna · 29 listopada 2017 Odpowiedz

      Pavulonu może nikomu bym nie życzyła, jednak w imieniu tego kota było mi po prostu przykro. Tyle było przez niego kłótni… I po co? Żeby go na końcu zabić, bo stał się niewygodny.
      Podobno dotyk futra zwierzęcia, jego głaskanie, daje pozytywne efekty dla obu stron, porównywalne z endorfinami. Gdy zwierzę odchodzi, warto być przy nim do ostatniej chwili i poprzez dotyk go uspokajać. U teściowej tego zabrakło – to ja, nie będąc właścicielem kota, go głaskałam, żeby poczuł się bezpiecznie w tej ostatniej swojej drodze. Nie rozumiem, jak można było opiekować się zwierzakiem i go nie głaskać…

  3. ~jotka · 29 listopada 2017 Odpowiedz

    Nie wszyscy powinni mieć zwierzaki, a zwłaszcza tacy, którym obojętne jest czy będą w wigilię sami…

  4. szarabajka · 29 listopada 2017 Odpowiedz

    I ja i syn bardzo chcielibyśmy mieć w domu kota lub psa, ale zdajemy sobie sprawę, że żadne z nas, każde z innego powodu, nie jest w stanie zapewnić mu należytej opieki. Zwierzę, to żywa istota, nie pluszowa przytulanka. Bierze się za nie odpowiedzialność, na dobre i złe.

  5. ~ariadna · 29 listopada 2017 Odpowiedz

    Masz rację.
    Trzeba popatrzyć perspektywicznie:
    - Czy jestem w stanie zająć się zwierzakiem przez całe jego życie, zarówno wtedy, jak jest rozkosznym maluchem, jak i wtedy, gdy zachoruje?
    I dopiero potem brać.

    Lepiej w ogóle nie brać, niż brać NIEODPOWIEDZIALNIE.

    Serdeczności, Szarabajko :)

  6. ~krystynabozenna · 29 listopada 2017 Odpowiedz

    Boże co za straszna babba, nie wie ,że ją czeka taka sama śmierć jaką zafundowała kotu ? To co dajemy do nas wraca…
    Szkoda,że jej tego nie powiedziałaś…

  7. ~Jolanta · 29 listopada 2017 Odpowiedz

    Jeżeli człowiek nie uszanuje zwierzęcia, nie uszanuje nikogo.
    Smutna to historia.
    Serdeczności :-)

  8. ~oko · 29 listopada 2017 Odpowiedz

    zabierz to zwierzę od teściowej, bo ono tam nie pożyje zbyt długo. Po co tacy ludzie w ogóle trzymają zwierzaki – niech sobie kupią pluszowego misia.

  9. ~Iwand71 · 29 listopada 2017 Odpowiedz

    Zwierzątko to odpowiedzialność, to są nasze „dzieci”. Moge się na niego wkurzać za przyniesienie błota do domu, za pogryzienie kapcia, za podrapanie skórzanej tapicerki, za podrapane łydki,za zarzyganie dywanu, ale nigdy nie pozwolę skrzywdzić zwierzątka i nie wyobrażam sobie, by nie dostało pomocy, kiedy jej potrzebuje.

    • ~ariadna · 30 listopada 2017 Odpowiedz

      I to najbardziej mnie boli, że kot był tak zaniedbany, iż trudno było go nawet uratować. A jeśli jeszcze się nie chciało….

  10. ~Mozaika Rzeczywistości · 29 listopada 2017 Odpowiedz

    Jak dla mnie posiadanie zwierząt to jest odpowiedzialność, bo trzeba sobie na początku uświadomić, że one też kiedyś będą stare, że trzeba może nawet będzie o nie walczyć u weterynarza. Mam na klatce taką sąsiadkę co właściwie non stop ma nowe zwierzęta, a metraż jej się nie zwiększa. Ma teraz dwa psy i kota. Jak dla mnie to niezbyt mądre podejście. Pamiętam też swoją walkę o jedną z koszatniczek, nie udaną niestety ale wiedziałem, że robiłem co się dało u weterynarza. Smutne to wszystko, egoizm też odbija się na zwierzakach, nie ma co do tego wątpliwości.

    Cóż wszystko pewnie zależy od tematów mailowych rozmów. Może też być tak, że ktoś okazuje się po jakimś czasie nie taki na jakiego się kreował, więc można to w taki sposób jak pisanie maila czy wiadomości na fb łatwo sprawdzić.

    :) Szczególnie jeśli się pomyśli o tym, jaki ten Internet jest ,,straszny i zły”, wtedy takie znajomości można jako kontrargument dawać zawsze moim zdaniem.

    Pozdrawiam!

    • ~ariadna · 30 listopada 2017 Odpowiedz

      Jeśli tylko ta kobieta dba należycie o te zwierzaki, metraż jest nieważny. Gorzej, jeśli lituje się nad kolejnym i kolejnym, a one żyją w skandalicznych warunkach, a w domu syf. Nawet w pomaganiu zwierzętom trzeba znaleźć umiar, zwłaszcza jeśli pomaga się w swoich czterech ścianach.

      Piszący maile często od adresata owych oczekują pewnych czynników, badają grunt. Bywa tak i osobiście mogę powiedzieć, że miałam kilka takich znajomości, wyłącznie wirtualnych, gdzie przez jakiś czas było nam po drodze, żeby po jakimś czasie nasze drogi się rozeszły.
      Myślę o tych osobach i zawsze będę. Oczekiwały czegoś ode mnie i to dostały. Gdy przestałam im dawać to, czego pragnęły, znajomość przeszła w stadium „znajomości zamarłej” ;) Nie myl z umarłą. Nigdy taka nie będzie.
      Wielu z tych osób bardzo mi brakuje, bo połączyły nas przegadane godziny lub setki maili.
      Skoro któraś ze stron urwała kontakt, może potrzebna była jej taka przerwa w znajomości… ;)

  11. ~Jaga · 29 listopada 2017 Odpowiedz

    Boję się złych ludzi. Złych i głupich. Generalnie nie wiem co napisać. Może tylko złotą myśl którą mi „sprzedała” koleżanka
    - KARMA TO TAKA SUKA KTÓRA ZAWSZE WRACA

  12. ~Ultra · 29 listopada 2017 Odpowiedz

    Gdy zwierzęta są potrzebne, młode, dają sobie radę same, wtedy ludzie chętnie przygarniają, natomiast na starość odtrącają, nie leczą, nie dają środków przeciwbólowych, by nie cierpiało to żywe i czujące przecież stworzenie. Straszne.
    Serdecznie pozdrawiam

  13. ~ariadna · 30 listopada 2017 Odpowiedz

    Łatwo bierze się takie maleńkie nieporadne stworzenie, które bardziej traktuje się jak zabawkę, niż stworzenie, które ma mnóstwo potrzeb.
    Ostatnio słyszałam w programie w tv, że papugi mają takie potrzeby uczuciowe, jak 6-cio letnie dziecko. Jeśli się ich nie zaspokoi, wyrywają sobie piórka. A wydawałoby się, że to jest „tylko” jakiś ptaszek…..

    Serdeczności ślę :)

  14. ~Znajoma · 30 listopada 2017 Odpowiedz

    Pozwolisz, że się nie wypowiem, bo mnie po prostu szlag najjaśnisty trafił.

  15. ~hegemon · 30 listopada 2017 Odpowiedz

    Dlatego nie trzymam w domu żadnych zwierząt (poza rybikami cukrowymi :-). Nie jestem w stanie zapewnić odpowiedniej opieki.

    • ~ariadna · 1 grudnia 2017 Odpowiedz

      No i dobrze – wiesz, że nie możesz trzymać zwierząt i tego nie robisz. To bardziej racjonalne podejście – znać swoje możliwości.
      Jak się ubija te rybiki, hę?

  16. ~Agnieszka · 1 grudnia 2017 Odpowiedz

    Popsułaś plany teściowej… ona od razu nie chciała tego biednego kota…
    kurcze, jak można być takim nieczułym?!!
    masakra…

    • ~ariadna · 1 grudnia 2017 Odpowiedz

      Tak naprawdę nie wiem, czy ona miała taki plan – to raczej dedukcja.
      Jedziesz z chorym kotem do weta i poruszasz temat swego ewentualnego wyjazdu do sanatorium? Zresztą, znając moją teściową, ona wcale nie pojedzie do tego sanatorium – podpala się, jak słoma i gaśnie.

  17. ~Mozaika Rzeczywistości · 1 grudnia 2017 Odpowiedz

    Z tego co czasem widzę to nadaje się średnio na właścicielkę, choć zwierzaki nie są zaniedbane czy coś. Chodzi mi raczej o to, że ma dość sporą fluktuację tychże, nie wiem co dzieje się z poprzednim pieskiem na przykład, możliwe jest, że został zagubiony.

    Pewnie jest tak jak piszesz, że osoby mailujące do siebie w jakimś momencie uznają, że należy znajomość ,,zamrozić” na przykład. Dlatego tam, gdzie się da warto się spotkać w realu, to może jakoś scementować znajomość. :)

    Pozdrawiam!

  18. ~ariadna · 1 grudnia 2017 Odpowiedz

    Oczywiście, znajomość można scementować. Gorzej, gdy się okazuje, że ludzie mają się bardziej ku sobie, niż przed spotkaniem. Oczywiście wiesz, że takie sytuacje mają miejsce zwłaszcza, jeśli przegada się godziny i wydaje się, że spotkało się bratnią duszę. Stąd już krok do romansu….
    To tak a propos Twojej internetowej znajomości ;)

    Może zapytaj tę panią, co się dzieje z tymi zwierzakami?
    To niepokojące, jeśli one się zmieniają….

  19. ~Mozaika Rzeczywistości · 1 grudnia 2017 Odpowiedz

    :) Akurat w moim przypadku nie ma mowy o jakichś bliższych relacjach, bo ta moja Siostra na blogu poznana ma rodzinę już. Ale przyznam, że jakiś czas temu pisałem maile z taką dziewczyną, co w jakiejś mierze zaczęła mi się podobać. Chociaż ciężko by było już w bliższej znajomości, bo mieliśmy zupełnie różne światopoglądy. I po jakimś czasie całość się jakoś sama zakończyła.

    Chyba kiedyś muszę jeszcze raz zobaczyć czy to na pewno nowy pies jest, bo teraz ma dwa ta sąsiadka, jeden jest malutki jeszcze, a drugi spory już.

    Pozdrawiam!

  20. ~ariadna · 3 grudnia 2017 Odpowiedz

    Super, że „Siostra”. Chociaż…chyba za długo żyję, żeby nie wiedzieć, jak może się skończyć takie porozumienie.

    Musisz się przyjrzeć, bo może niesłusznie oceniasz sąsiadkę, a ona wciąż wychowuje tylko dwa psy :)

    Miłej niedzieli :)

  21. ~Greenelka · 3 grudnia 2017 Odpowiedz

    Co za paskudna osoba. My postanowiliśmy,ż e do nas mogą przychodzić tylko ludzie, którzy lubią nasze zwierzęta. Jeśli komuś nie pasuje dom z kotami psami, niech zostanie w swoim.

    • ~ariadna · 4 grudnia 2017 Odpowiedz

      A co zrobić, jeśli zwierzę nie akceptuje innych ludzi?
      To już trudniejsza sprawa….

      • ~Greenelka · 5 grudnia 2017 Odpowiedz

        no tak, jeden z naszych kotów ma takie problemy. Jimmy, zanim do nas trafił, przeżył tak wiele, doznał tyle zła od ludzi, że u nas pierwszy miesiąc nie wychodził spod łóżka, a drugi spędził pod stołem. Miał w trzech miejscach złamany ogon, w sierści kawałki betonu, trzeba go było ogolić na łyso. Pokryty krwią i strupami, znaleziony na działkach przez naszych przyjaciół Animalsów. Dzisiaj akceptuje tylko nas. Kiedy ktoś przychodzi, chowa się za łóżkiem. Nigdy nie dowiemy się, co doznał z ludzkiej ręki, ale było to na pewno straszne.

        • ~ariadna · 6 grudnia 2017 Odpowiedz

          To po prostu straszne! Twój kot musiał sporo przeżyć…

          Nasz pies do dziś chowa się, gdy wyciągnie się parasol lub coś przypominające długą czarną rurkę np. kij od mopa.
          Ma zakodowany strach na taki widok i trudno skłonić go do tego, żeby przestał się bać. Próbuję przekupywać go ciasteczkami np. biorę kij/parasol w dłoń, idę w jego kierunku, siadam obok i gładzę go kijem po grzebiecie, jednocześnie dając smakołyki. Chcę by przedmioty wywołujące u niego panikę, zaczęły mu się inaczej kojarzyć…
          Jest u nas już trzy lata i wciąż tak reaguje.
          Ludzie potrafią być okrutni!

  22. ~Mozaika Rzeczywistości · 3 grudnia 2017 Odpowiedz

    No w tej mojej relacji staram się nie wchodzić za daleko w pewnych sprawach, dodatkowo na żywo spotykamy się mniej więcej raz na rok, więc chyba nie przewiduję jakichś zmian wobec tej mojej blogowej Siostry. :)

    Może tak być, bo sąsiadka miała takiego pieska ciemnego, a ten starszy co ma go teraz też ciemny. Drugi jest mały i nowy. Chyba faktycznie wszystko jest jak należy.

    No w sumie się nie dyskutuje, jednak można podzielić się takimi obserwacjami jak z tego sklepu. :)

    I elegancko. Trzeba dbać o opony, bo to one gwarantują bezpieczną jazdę zimą.

    Pozdrawiam!

    • ~ariadna · 4 grudnia 2017 Odpowiedz

      W każdym razie takie przyjaźnie są bardzo ważne dla człowieka.
      Dobrze, że masz kogoś takiego. Ja też mam ;)

  23. ~Królowa Karo · 4 grudnia 2017 Odpowiedz

    Taka smutna ta historia… a podobno człowieka dobrego poznaje się po tym, jak traktuje zwierzęta.

  24. ~ariadna · 5 grudnia 2017 Odpowiedz

    …. i dodałabym także, jak traktuje ludzi.
    Często to dwie rzeczy idą w parze ;)

  25. ~Natalia · 6 grudnia 2017 Odpowiedz

    Mój kot zdychał kilka razy. Za każdym razem dawałam mu jeść i pić strzykawką. Powoli zmuszałam go do tego. Lekarz dziwił się, że kot przeżył., ale one potrafią stanąć na nogi nawet po najcięższych chorobach. Teściowa mogła wydzielić mu jakieś pomieszczenie w domu, ustawić kuwetę itp. Myślę… ona tak lituje się nad sobą, że znieczuliła się na krzywdę innych. Aż mi łezka poleciała.. Żal i kota, i teściowej..mimo wszystko. Tacy ludzie są zawsze nieszczęśliwi, bo nie dają sobie szans na szczęście.
    Serdeczności Ariadno :)

    • ~ariadna · 6 grudnia 2017 Odpowiedz

      Moja teściowa jest właśnie taka, jak bohater filmu „Dzień świra” – wszędzie zegary wyznaczające czas. A czas to pieniądz. Tu wszystko musi być zaplanowane i nie ma miejsca na zakłócenie rytmu dnia. Kot stanowił właśnie takie zakłócenie. W dodatku bakterie, które ewentualnie kot mógł rozprzestrzenić po domu…

      Teściowa jest egoistką. Po prostu. Póki był kot, sprzątałyśmy wspólnie odchody naszych zwierząt. Teraz, kiedy jest tylko pies, teściowa przerzuca kupy naszego psa na naszą stronę ogrodu. W końcu nie ma już zwierzaka, prawda? A nasz pies nie kojarzy, gdzie kończy się umowna granica….

      • ~Natalia · 9 grudnia 2017 Odpowiedz

        Przecież Twoja teściowa jest sama. Po co jej zegary i zaplanowana każda godzina? Może trochę wyluzować, będzie zdrowsza :)
        Przerzuca kupy na waszą stronę ogrodu? Skoro już schyla się do nich, mogłaby je sprzątnąć. Na jedno wychodzi. Śmieszne to dla mnie.
        Tacy są niektórzy ludzie, nic nie poradzimy. Miłego dnia Ariadno:)

        • ~ariadna · 9 grudnia 2017 Odpowiedz

          Właśnie, skoro się schyla…
          Co kilka dni robię takie „akcje” i sprzątam po psiaku. Tym razem na podwórku było trochę śniegu, więc nie dało się tego zrobić, bo nie widać. Gdy byłam w pracy stopniał śnieg no i….
          Po co zegary? Ja też nie wiem.

  26. ~gordyjka · 6 grudnia 2017 Odpowiedz

    Twojej Teściowej nic nie zmieni…
    Ten kot był bardziej Twój niż Jej…Choćby wszystkie półki w okolicznych marketach poprzestawiała…Od tego miłości nie przybywa…;o)

  27. ~Aga · 6 grudnia 2017 Odpowiedz

    Jestem całkowicie poruszona tekstem. Tak jakbym czytała historie ze swojego życia. Ja zawsze walczę o mojego zwierzęcego przyjaciela. Mój piesek Dino miał 18 lat i uśpiliśmy wtedy, kiedy już ratunku nie było. Robiliśmy dla niego wszystko. Kochany zawsze pozostanie. Opieka starym zwierzątkiem jest ciężka, ale ma też swoje dobre strony. Zwierzątko potrafi tyle wdzięczności ukazać. Ja wspaniale wspominam starość Dinka. Nie wszyscy powinni posiadać zwierzęta, wielu ludziom powinno to być zabronione.

    Bardzo spodobał mi się Twój blog. Bardzo się cieszę, że go znalazłam. Pozdrawiam Cię.

  28. ~ariadna · 6 grudnia 2017 Odpowiedz

    Faktycznie mogłabym powiedzieć, że wszystkie zwierzęta są moje ;)
    A wiesz dlaczego? Dlatego, że ciągnie mnie do zwierząt. Nie są w stanie zrobić krzywdy człowiekowi, nie z premedytacją. Mogą zrobić, gdy niewłaściwie się je wychowuje lub są głodne, lub się czegoś wystraszą i zaatakują, żeby się bronić. Nigdy natomiast nie czynią tego z premedytacją. To człowiek jest pokrętny i przebiegły w swoim działaniu…
    Szczerze? Mogłabym żyć w dziczy z samymi tylko zwierzakami, zupełnie odseparowując się od ludzi. Kontakt ze stworzeniami daje mi bardzo dużo radości :)
    Nie zostałam weterynarzem tylko dlatego, że ich praca polega nie tylko na pomocy, ale i uśmiercaniu.

  29. ~weronika · 7 grudnia 2017 Odpowiedz

    Nie dałabym rady z taką teściową, taką osobą, po prostu poniosłoby mnie… Potem pewnie mocno bym żałowała. Ale, nie umiem sobie tego wyobrazić. Walczyliśmy o naszego psa jak już był bardzo mocno chory. Raz w tygodniu na drugi koniec miasta jeździliśmy na chemię. Znosiliśmy biegunki w domu, gnijące zęby bo wciąż strasznie mocno go kochaliśmy. Został z nami dzięki temu ponad pół roku dłużej. Kiedy rak powrócił – weterynarz nie dał mu już żadnych szans. Cała rodzina wzięła kilka dni urlopu i codziennie byliśmy z psem. Woziliśmy go po jego ulubionych placach zabaw – nawet się kąpał w rzece! Jadł wszystko co uwielbiał. A decyzja o uśpieniu była bardzo bolesna i bardzo mocno przepłakana. Odszedł na swoim posłaniu, w swoim domu. Z nami.

  30. ~ariadna · 8 grudnia 2017 Odpowiedz

    Nasz pies staruszek też odszedł przy nas, w naszym domu.
    Wiem, co wtedy się czuje, jeśli kocha się swego zwierzaka….

  31. ~Mozaika Rzeczywistości · 9 grudnia 2017 Odpowiedz

    No i elegancko jak tak według mnie. :) Każdy potrzebuje drugiej osoby, zarówno jako przyjaciela jak i kogoś więcej. Jak ma się choć jedną czy dwie takie osoby, można mówić, że jest się człowiekiem spełnionym w jakiejś mierze.

    Pozdrawiam!

    • ~ariadna · 10 grudnia 2017 Odpowiedz

      Każdy potrzebuje – człowiek i zwierzątko.
      Nie każdy ma tyle szczęścia, żeby dobrze trafić….

  32. ~Iwona · 10 grudnia 2017 Odpowiedz

    Ariadno, nie mogę uwierzyć w to, co przeczytałam. Po prostu nie mogę. Żeby tak z egoizmu i wygodnictwa… :( To nie do uwierzenia

  33. ~ariadna · 10 grudnia 2017 Odpowiedz

    A jednak to prawda….

Zostaw odpowiedź